Zakładki:
POLECAM!
Tagi
Blogi turystyczne Gdzie na Wakacje z dzieckiem?
Zakładki:
niedziela, 09 września 2018

Trzy miesiące temu, podczas pobytu w okolicach Bornego Sulinowa, odwiedziliśmy powstałe w ramach Zamierzenia 3000 bunkry. Położone opodal miejscowości Brzeźnica Kolonia służyły wojskom radzieckim do przechowywania broni atomowej. Pamiętając jak wyglądały kilkanaście lat temu, szykowaliśmy się na ucztę dla wielbicieli militariów i fortyfikacji... Tymczasem na miejscu okazało się, że niestrzeżone obiekty zostały rozszabrowane przez złomiarzy, wyjścia zostały - dla bezpieczeństwa - zasypane ziemią i zawalone gruzem. Generalnie - bryndza (spójrzcie na zdjęcia z tego wyjazdu)... Szczególnie rozczarowany był Tadzio - choć Bartek również nie krył frustracji. Spóźniliśmy się.

Tymczasem, po przestudiowaniu dostępnych w sieci informacji o "Zamierzeniu 3000", okazało się, że bliźniaczy obiekt położony w Podborsku funkcjonuje jako oddział Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu. Na zdjęciach umieszczonych  na stronie  http://zimnawojna.info/podborsko obiekt wygląda, jakby Rosjanie opuścili go 5 minut temu. Szybko powstaje plan, by w ramach wakacyjnych podróży odwiedzić to miejsce.

I oto jesteśmy. O 5.30 czasu środkowoeuropejskiego cichutko, by nie zbudzić śpiących na campingu nad jeziorem Brody, opuszczamy (Bartek i Tadzio) namiot, ładujemy rowery na bagażnik i gnamy do Lęborka. Tam, nie bez przygód (PKP niezbyt lubią rowery...) wsiadamy do pociągu zmierzającego do Koszalina. W Koszalinie szybkie zakupy śniadaniowe - i w drogę. Po opuszczeniu miasta (droga rowerowa na odcinku 100 metrów cztery razy przeskakuje z jednej strony na drugą) wyruszamy biegnącą równolegle do drogi 167 drogą dla rowerów. Wykonana z różnych materiałów (kostka, asfalt, beton, płyty) pozwala nam bezpiecznie i komfortowo podróżować poza terenem zabudowanym. I tak to właśnie powinno wyglądać.
Niestety - w mijanych na trasie miejscowościach zarządca drogi nie za bardzo miał pomysł co zrobić z ddrką - miejscami zanika, skacze z jednej strony na drugą... A wystarczyłoby na obszarze zabudowanym puścić ruch po jezdni. No - ale i tak jest o niebo lepiej niż na wylotówkach z Gdyni.

 

IMG_8549


Następne niestety - ddr kończy się jakiś kilometr za wcześnie. Mijani "na gazetę" przez "szybkich, ale bezpiecznych" gnamy, ile sił do zjazdu na leśną drogę. Nieopodal Zasp Małych opuszczamy ruchliwy asfalt i zagłębiamy się w las. Początkowo wszystko się zgadza, kilometry lecą, wygląda, iż do pierwszego wejścia o godzinie 11 będziemy mieli jakieś 20 minut zapasu. Do czasu... W pewnym momencie mapa i rzeczywistość rozjeżdżają się radykalnie - tam, gdzie mapa pokazuje drogę, jest absolutne bagno, za którym nie ma nawet śladu przecinki czy ścieżki. Po obejściu bagna lądujemy absolutnie nie wiadomo gdzie. Zaczynamy jazdę/marsz/przepychanie na azymut. Gdy -  wykończeni - znajdujemy możliwą do zidentyfikowania drogę - mamy 10.51. I jakieś 3 kilometry do pokonania. Tadzio szybko traci zapał do mocnego pedałowania - w rezultacie spóźniamy się 3 minuty. Zastajemy drzwi zamknięte na głucho. Pukanie nie ma sensu. Próba włamania również. Drzwi ważą od 3 do 5 ton...


IMG_85521


Następne wejście o 12... Oczekiwanie umilamy sobie spacerem po okolicy, oglądaniem dwóch pozostałych, nieprzeznaczonych do zwiedzania bunkrów: bliźniaczego T7 oraz schronu typu Granit - przeznaczonego do ochrony mobilnej wyrzutni pocisków taktycznych. Ogrom tych obiektów robi niesamowite wrażenie.


IMG_8558


Czas mija szybko, chwilę przed 12 zza pancernych wierzei dobywa się szelest cofanych rygli i z pomieszczenia śluzy wymaszerowuje grupka zmarzniętych zwiedzających. Zakładamy cieplejsze ciuchy, kupujemy bilety i po zamknięciu zewnętrznych wrót śluzy wkraczamy do środka kompleksu. Oprowadzający zapoznaje nas z historią "Zamierzenia 3000", oprowadza po poszczególnych pomieszczeniach objaśniając ich przeznaczenie, opisując pracę żołnierzy, którzy pełnili tu służbę. Wręcz kopalnia wiedzy i kompetencji, którą to kopalnię Tadzio bez skrupułów i zahamowań pracowicie eksploatuje. Skutkiem czego przewodnik zasypywany lawiną pytań i komentarzy spogląda nań z coraz większym zaniepokojeniem. Stan obiektu - w porównaniu z tym, co widzieliśmy w Brzeźnicy Kolonii - nówka, nie śmigany ;-)


IMG_8577IMG_8573IMG_8572

Na koniec zwiedzania wisienka na torcie - Tadzio może samodzielnie, własnoręcznie otworzyć kilkutonowe drzwi. Omal nie pęka ze szczęścia :-)


IMG_8582

W drodze powrotnej nie ufamy już mapom - trzymamy się asfaltu. Pomimo całych stad wariatów pędzących bez opamiętania udaje nam się dotrzeć bez przeszkód do początku separowanej ddr - dalsza podróż to czysta przyjemność z krótkimi przerwami na kolejne mijane miejscowości. Do Koszalina docieramy kilkanaście minut przed odjazdem pociągu powrotnego. Gdy ten wjeżdża na peron - oczom własnym nie wierzę... Niskopodłogowy, rowery przypinane pasami, czysto, schludnie - zachodniopomorsko.


IMG_85831IMG_85841

W Słupsku przesiadamy się na kolejny pociąg - tym razem podstawiony przez województwo pomorskie. EN57 - przy próbie zapakowania roweru do środka omal nie wypadam z nim na (niski) peron. Przedział rowerowy to oczywiście wieszaki do niszczenia kół i przerzutek - zdjęć przez litość nie robię - beznadzieja. Na stałym wyposażeniu tegoż przedziału dwóch porządnie zaprawionych obywateli świętujących właśnie zwolnienie z zakładu karnego. Demontuję sakwy - rowery będą musiały przetrwać jakoś bez nas podróż w dymie papierosów odpalanych pomiędzy kolejnymi piwami. Pani konduktor nawet nie próbuje przekonać panów do zaniechania picia, palenia, czy też powstrzymania niekończącego się monologu złożonego z czterech wyrazów. Całą drogę do Lęborka pilnuję, czy aby nasze rowery nie zechciały wysiąść na jakimś przystanku. Na szczęście - w komplecie docieramy do Lęborka.
Zmęczeni ale zadowoleni, z mnóstwem wrażeń i ponad 70 kilometrami rowerowania na koncie wsiadamy do samochodu i gnamy, by zwinąć namiot... ale to już inna opowieść ;-)

 

 

 

 

 

 

 

20:09, aldona_t1 , rowery
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018

 

W tym roku po raz kolejny zostajemy laureatami konkursu organizowanego przez PTTK pod nazwą „Turystyczna Rodzinka”. Za każdym razem nagroda- rodzinny weekend w jakimś miłym miejscu- jest najpiękniejszym podsumowaniem roku wspólnego wędrowania. Tym razem otrzymaliśmy możliwość spędzenia dwóch nocy w hotelu górskim na Kalatówkach.

Przechodziliśmy tamtędy wielokrotnie, za każdym razem urządzamy zimowy spacer „na rosół”, ale jeszcze nigdy nie zatrzymaliśmy się na dłużej.

Tym razem jest inaczej.

Do Zakopanego przyjeżdżamy samochodem, bo jedziemy wprost ze Świeradowa Zdroju i podróż pociągiem zajęłaby chyba z tydzień. Średnie tempo jazdy wynosi jakieś 20km/godz. I przypomina nam , dlaczego zawsze, mimo różnych minusów, wybieramy PKP. Koło południa ledwo żywi wytaczamy się z auta. Zostawiamy je na parkingu mając nadzieję, że nikt nie zainteresuje się przypiętymi na bagażniku rowerami i dajemy miejscowym zarobić- dokładnie 40 zł za dwa dni postoju.

Tatrzański Park Narodowy to jedno z nielicznych miejsc, w którym korzystamy z Karty Dużej Rodziny. Wejście za darmo to jeden z wartościowych pomysłów na wspieranie rodzinnej turystyki. Na miejscu lokujemy się w dwóch pokojach- ślicznie urządzonych, z góralskimi akcentami, w drewnie, ale wciąż z charakterem schroniskowym. Może telewizor jakoś mało górski, ale zawsze można nie patrzeć w tamtą stronę :)IMG_8224

Cały wieczór spędzamy na chłonięciu górskiego klimatu. Mamy w tym roku tylko te dwa dni, aby nacieszyć się widokiem Tatr...IMG_82481

Rano o siódmej meldujemy się w restauracji. Śmieszne to uczucie, gdy z jednej strony jesteśmy w środku gór, wokół dzika przyroda, a tu białe obrusy i elegancka obsługa kelnerska. Można wybrać jeden z jedenastu zestawów śniadaniowych- każdy odpowiednio obfity i świeży. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy wieczorem poprosić o prowiant na drogę, ale nie spieszymy się specjalnie- dziś mamy w planach jedynie Giewont.

O ósmej jesteśmy na szlaku i powoli pniemy się do góry. Pogoda idealna- nie prazy słońce, jak przez ostatnie dwa tygodnie, ale i nie jest zimno. Na popołudnie zapowiadają deszcz, ale do tej pory powinniśmy już dawno być z powrotem. Dochodząc do Hali Kondratowej zauważamy, że nikogo prócz nas na szlaku nie ma. Przed schroniskiem raptem kilku turystów, niespiesznie pijących kawę. Prawdę mówiąc, rezerwując noclegi w samym środku wakacji , planując wejście na Giewont w niedzielę, byliśmy raczej przygotowani na dzikie tłumy.IMG_8263

IMG_8281

IMG_8273

IMG_82781

Podejście na przełęcz jest tak samo meczące, jak i nudne, ale dzięki nieoczekiwanej ciszy i spokojowi idzie nam się bardzo miło. Po równo dwóch godzinach marszu stajemy na szczycie. Tosia pamiętając co nieco z naszej poprzedniej tu obecności nieco się obawia. Wówczas łańcuchy wydawały się wielkie- teraz widzi, ze to dlatego, że jako czterolatka do większości po prostu nie dosięgała. Pod krzyżem nie planowaliśmy dłuższego postoju nastawiając się na brak miejsca, tymczasem jesteśmy tam... absolutnie sami! Robimy zatem mały piknik i czekamy na kogoś, kto zrobi nam rodzinne zdjęcie. Po kilkunastu minutach nadchodzi jakaś para i możemy poprosić o fotkę. Fotograf uparł się, żeby złapać w kadr cały krzyż, więc na większości ujęć wyglądamy troszkę jak mróweczki.

W internecie można znaleźć dziesiątki dyskusji o tym, jak beznadziejnym szczytem jest Giewont- oklepany, z pseudoturystami w klapkach i z reklamówką w ręku, a „prawdziwy turysta” najczęściej chełpi się tym, że jego noga tam nie stanęła. Tym razem szczyt pokazał swoje znacznie przyjemniejsze oblicze- dzieci cieszyło podejście z łańcuchami, dorosłych- piękne panoramy. I zupełne pustki na trasie.

Schodząc, spotykamy trochę osób, ale żadnych dzikich hord.IMG_8318

IMG_8374

IMG_8331

W schronisku zasiadamy do obiadokolacji- czeka na nas zupa, drugie danie i kompot. Extra zestaw po czterech godzinach wędrówki! IMG_8419

Padać zaczyna zgodnie z planem- po południu. Być może gdyby nie to, rzeczywiście rzesze turystów ciągnęłyby na szlak wraz z nami....

Pod wieczór wędrujemy jeszcze na nabożeństwo w kaplicy przy Pustelni Brata Alberta. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, więc zaraz po wejściu stajemy, zaskoczeni wielkością kościółka. Wygląda trochę tak, jakby go ktoś skrócił o połowę- zaczyna się- i od razu kończy. Miejsca jest może dla 20 osób. Kameralnie :)

Przed samą mszą na środek wychodzi siostra zakonna i pyta, kto mógłby przeczytać czytanie. Oczywiście, chętnych brak. Siostra podchodzi do kolejnych osób- ten zapomniał okularów, tamten akurat ma chrypę. I co?- zgłasza się Jadzia z Tadziem. Ratują honor wiernych, a po mszy słuchamy pochwał, jakie to mamy świetne dzieci. Ależ to miłe!IMG_8427_cr

W poniedziałek po śniadaniu żegnamy ze smutkiem tatrzańskie szlaki i wracamy do samochodu, napełnieni dobrymi przeżyciami. Jeszcze tylko jakieś 12 godzin w samochodzie i jesteśmy w Gdyni....

Wygląda na sympatyczny wyjazd? Zapraszamy do uczestnictwa w tegorocznej edycji konkursu „Turystyczna Rodzinka”!

 

środa, 04 lipca 2018

 

Kiedy w czerwcu okazało się, że początek tegorocznych wakacji spędzimy w Beskidach, w dodatku kończąc górską wyprawę w Rabce, od razu ustalamy, że koniecznie zajrzymy do Rabkolandu. Byliśmy tam dokładnie trzy lata temu, a wrażenia z pobytu zamieściliśmy tutaj: Rabkoland 2015

Po spontanicznej decyzji nachodzą mnie jednak wątpliwości. Po pierwsze: już Heraklit wiedział, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dzieciaki, mimo upływu lat dokładnie pamiętają wszystkie atrakcje i emocje przeżyte w tym miejscu i, co naturalne, oczekują powtórki miłych chwil. Na to nie ma szans, więc obawiam się, że po protu będą rozczarowane. Po drugie, choć nieco związane z pierwszym: Rabkoland to park rozrywki dedykowany młodszym dzieciom- przedszkolaki mają do dyspozycji niemal cały teren, dla naszych nastolatków miejsca eksploracji ograniczają się do kilku atrakcji. Prawdopodobnie po godzinie zaczną się nudzić.

Ale cóż- klamka zapadła, więc nie będziemy się wycofywać z projektu.

O 16ej czeka na nas pociąg z Chabówki do Gdyni, wcześniej planujemy jeszcze szybki obiad, więc na wizytę w Rabkolandzie zostają nam niecałe trzy godziny.

Zaczynamy od Crazy Clowna – ciekawe, czy jest tak szalony, jak ostatnim razem? Jadzia i Tadzio siadają wyjątkowo razem i zgodnie (nie do pojęcia, nie pokłócili się przy tym ani razu!), bo chcą powtórzyć zdjęcie sprzed trzech lat, kiedy to Tadzio umierał ze strachu, a Jadzia- ze śmiechu. Tym razem chichrają się obydwoje jak szaleni, a ja już po tych kilku chwilach wiem, że wszystkie moje obawy były całkowicie bezpodstawne. Kręcę się razem z Tosią- jeśli nie ma akurat zamkniętych oczu, to wykazuje całkowicie skupienie i opanowanie- chyba w ten sposób opanowując strach :) Ja, co oczywiste, krzyczę jak szalona, skupiając na sobie uwagę wszystkich dookoła.IMG_8006

IMG_8009_cr

Ledwie trzymając się na nogach, idziemy ku kolejnej atrakcji- wieży DuchDuch. To nowość, stoi dopiero od tego roku. A myśmy się obawiali, ze wszystko już będziemy znali i że zabraknie echa nowości! Siadamy wszyscy i powoli unosimy się w górę. Wynosimy się ponad dachy pozostałych karuzel i z najwyższego punktu obserwujemy szczyt Lubonia, na którym byliśmy jeszcze trzy godziny temu. Kręcimy się wokół własnej osi i nagle.... łup! Spadamy dziesiątki metrów w dół, natychmiastowo zamykając oczy i drąc się wniebogłosy! No dobra- tak naprawdę, to spadamy swobodnie pewnie ze dwa metry, ale wrażenie jest niesamowite. To mnie przekonuje, że wcale nie potrzebujemy ogromnych konstrukcji i największych rollercosterów, aby emocje sięgnęły zenitu.

Jeszcze niezapomniany Musik Express, pamiętany przez wszystkich aż za dobrze. Właśnie dlatego Bartek i Tosia w ogóle nie wchodzą na karuzelę, tylko obserwują z daleka resztę rodziny. Ta zaś sprawdza działanie siły odśrodkowej, mając przy tym zdecydowanie większy ubaw, a mniej strachu niż trzy lata temu.

Korzystamy też i z innych atrakcji- większych i mniejszych. Kolejek nigdzie nie ma, bo większość odwiedzających wybiera te mniejsze zabawki. Dziewięcioletnia Tosia, najmniej ekstremalna z rodziny, po raz pierwszy w życiu jest za duża na niektóre, co wprawia ją w zdumienie. Cóż, każdy kiedyś wyrasta z karuzeli dla trzylatków :)

Umordowani, postanawiamy chwilę odpocząć na spektaklu w teatrze magii. Jadzia trochę kręci nosem, bo od dawna już zna wszystkie triki pokazywane w takich miejscach, a cóż to za zabawa, jeśli wie się, na jakiej zasadzie przedmioty znikają czy się pojawiają.... I co? Kolejna niespodzianka! Po pierwszych kilku minutach widzimy, że to iluzjonista z wysokiej półki- żadne z nas nie ma pojęcia, na czym polegają sztuczki, a robią naprawdę duże wrażenie, nie tylko na dzieciach, ale i na dorosłych!

Po prawie trzech godzinach z żalem kierujemy się do wyjścia. Nie zdążyliśmy zajrzeć do żadnego z dwóch muzeów; dużej, nowej strefy dla maluszków nie żałujemy, ale nawet nie obeszliśmy całego parku. Wiemy, że zniknęło kilka miejsc, na ich miejsce powstały nowe- dzięki temu miejsce jest atrakcyjne nie tylko przy pierwszym pobycie!

Wychodzimy z rabkolandowymi gadżetami- duży szkicownik i gra memo będą jak znalazł na długą, ośmiogodzinną podróż do domu. No i wiemy, że jeśli będziemy w okolicy za kilka lat- wpadniemy tu znowu, wcale się nie przejmując tym, że już jesteśmy całkiem (rodzice) lub prawie (dzieci) dorośli...

 

wtorek, 08 maja 2018

 

Od wielu lat „długi weekend majowy” spędzamy w domu, nie wybierając się nigdzie dalej. Pogoda co roku kiepska (powtarzające się żarty o 30 stopniach w majówkę odzwierciedlają trwały trend pogodowy), a większość ciekawych miejsc świątecznie zamknięta. Ale jakoś tak w tym roku postanawiamy odwrócić złą passę i powędrować co nieco, tym bardziej, że wakacyjne plany Jadzi mocno ograniczają rodzinny odpoczynek latem.

Jako cel obieramy Pojezierze Drawskie. Rezerwujemy noclegi w agroturystyce w małej miejscowości Komorze i od razu po wyścigu rowerowym we Włocławku ruszamy na spotkanie z przygodą.

IMG_5926

Pierwszy dzień wita nas przepięknym słońcem, więc od razu wsiadamy na rowery. Plan prosty: objechać dookoła jezioro Pile. Dookoła świetne tereny dla turystyki rowerowej. Oznakowania szlaków, tablice informacyjne- wszystko, jak należy. Pierwszy przystanek robimy w Bornym Sulinowie. Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy tu jeszcze bez dzieci- piękni i młodzi, wszystko wyglądało inaczej. Opuszczone przez Rosjan miasto robiło niezapomniane wrażenie. Przemierzaliśmy puste bloki, w których czas zatrzymał się wraz z wyjazdem mieszkańców. Dziś ze świecą szukać pozostałości po tamtych czasach, choć co kilkaset metrów tablice ze zdjęciami kolejnych budynków przypominają, jak te tereny wyglądały jeszcze nie tak dawno. Ale oprócz tego- zwykłe miasteczko. No, może oprócz czołgu przy głównej drodze oraz oczywiście cmentarza. Choć byliśmy tu ostatnio przed czterema laty, dzieciaki doskonale pamiętają dziecięce groby obłożone pluszowymi zabawkami, tak bardzo przemawiające do wyobraźni...

Drugi postój czeka nas nad jednym z kąpielisk nad Pilem, w Dąbrowicy. Urzeka nas plastikowy, pływający pomost i natychmiast napada nas niepohamowana chęć jego wypróbowania. Woda jeszcze, oczywiście, lodowata, ale to nas nie odstrasza- jest prawie jak na trampolinie!IMG_6077

IMG_6033

Po 30 kilometrach w nogach pedałujemy wolniej i chyba tylko dzięki temu udaje nam się (a konkretnie Tosi) wypatrzyć żmiję zygzakowatą. Pięknie pozuje do zdjęcia, po czym grzecznie zostawiamy ją w spokoju, ciesząc się, że dzieci nie muszą się uczyć przyrody tylko z podręczników w szkole.... sądząc z odgłosów dobiegających znad jezior, moglibyśmy zrobić wiele zajęć praktycznych z rozpoznawania kolejnych gatunków żab i ropuch.IMG_59811

IMG_59871

Nie obywa się, rzecz jasna, bez przygód- dosłownie kilka kilometrów przed metą słońce nagle błyskawicznie chowa się za chmurami, które przywędrowały nie wiadomo skąd i oto orientujemy się, że zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund na schowanie się przed burzą. Akurat przejeżdżamy obok zadaszonych stolików i sprawdzamy, czy pod jednym stołem zmieści się całą pięcioosobowa rodzina. Trzeba się było mocno poprzytulać- całe szczęście, wiosenne burze nigdy nie trwają długo :)

Trasa: 54 kilometryIMG_6138

 

Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, za to drugi stanowi wyzwanie. Kiedy wokół tylko lasy i jeziora, ciężko czymś zainteresować dzieci. Ale oto całkiem niedaleko znajdujemy miejscowość o wdzięcznej nazwie Szwecja. Dzieci zapalają się do pomysłu, dzięki któremu będą mogły opowiadać kolegom, że pojechali na rowerach do Szwecji :)IMG_6208

Na mapie widnieje prosta, jakby linijką narysowana droga do samej miejscowości, wytyczona wzdłuż rzeki Piławy. Świetnie! W realu wygląda jeszcze piękniej- żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach, błękit nieba nastraja optymizmem, a droga wygląda jak z obrazka. W dodatku nic nią nie jeździ- jest cichutko jak makiem zasiał. Po pięciu kilometrach wiemy już, dlaczego tak tu miło i spokojnie: przykryte centymetrową warstwą piasku i młodej trawy czają się tryliardy kocich łbów! Trzęsiemy się jak galareta, każdy wybój (a te powtarzają się mniej więcej co sekunda) powoduje mikrodrgania mózgu, przyprawiające w końcu o ból głowy. Żeby choć zakręt jakiś dający nadzieję... ale nie- brukowe piekło ciągnie się po horyzont... Ale przecież nie lubimy, kiedy jest nudno, nie? :)

W końcu docieramy do Szwecji i robimy obowiązkowe zdjęcie upamiętniające nasz pobyt tutaj. Lody magicznie leczą większość urazów fizycznych i (a może przede wszystkim) psychicznych, więc po niedługim odpoczynku ruszamy w trasę powrotną. Nieco dłuższą, ale przynajmniej bez brukowych traktów. Po drodze mężczyźni szukają bunkrów (odnajdują je po dokładnie drugiej stronie drogi niż wskazuje mapa), a na koniec wszyscy zahaczamy o Gródek. O ile Borne Sulinowo upodobniło się do klasycznego niewielkiego miasteczka, o tyle Gródek po prostu zniknął. Wszystko wokół pochłonęła przyroda, drzewka-samosiejki migusiem zarosły każdy wolny skrawek terenu. Chaszcze i mokradłą pilnie strzegą ewentualnych ciekawych miejsc. Dzieciaki eksplorują zatem jedyne dwa pozostałe po mieście bloki. Splądrowane już lata temu, ale dzisiejsze dzieci nie znają zabaw na budowach, więc dla nich to rewelacyjny teren do gonitw i chowanego.IMG_6248

IMG_6231

IMG_6252

IMG_6258

Jeszcze tylko rzut oka na rezerwat Diabelskie Pustacie, wzdłuż którego wracamy- jeszcze nie ma czego podziwiać, bo to królestwo wrzosów, ale może uda się przyjechać pod koniec sierpnia czy we wrześniu?

Trochę się zagalopowaliśmy i wyszło nam 70 kilometrów trasy, więc

Trzeci Dzień jest odpoczynkowy. Tylko 20 kilometrów do Rezerwatu Przełom Rzeki Dębnicy. Planujemy naprawdę krotki wypad, ale wycieczka przedłuża się znacząco- a to za sprawą zagospodarowania turystycznego. Co pół kilometra (bez przesady!) natykamy się na punkt odpoczynkowo- edukacyjny. Odpoczywać właściwie nie mamy po czym (chyba, że po poprzednim dniu), ale kolejne dzieci nie chcą odpuścić żadnej tablicy. Przyrodnicze memo musi zostać rozegrane we wszystkich konfiguracjach (czyli: każdy z każdym), dopasowywanki, zgadywanki... przejście tej ścieżki przyrodniczej może naprawdę trwać pół dnia. Jedynie wizja skoków po kamieniach przez rzekę może nas zmusić do dalszej drogi. Chyba nie było przesady w nazwaniu charakteru Dębnicy „górskim”- dokładnie 3/5 rodziny ląduje w wodzie (nietrudno się domyślić, które). Dobrze, ze jest ciepło- chlupot w butach niespecjalnie przeszkadza.IMG_6328

IMG_6407

IMG_6433

 

IMG_6360

 

 

 

IMG_6440

I to koniec pobytu. Jeszcze w drodze do domu, już samochodem, podjeżdżamy do bunkrów w Brzeźnicy- Kolonii. Mało już tu czegokolwiek zostało, więc panowie planują wakacyjny wypad męski „na bunkry” (takie z prawdziwymi, żelaznymi drzwiami-jak obiecuje tata...)

 

środa, 14 lutego 2018

 

Zimowe ferie „od zawsze” spędzamy z Zakopanem, a od kilku lat możemy korzystać z rozpoznawalnej już chyba w całym kraju atrakcji- lodowego labiryntu.

Zima u nas do najsroższych nie należy od dawna- przy pierwszych opadach śniegu trzeba działać w szalonym pędzie, aby zdążyć ulepić bałwana przed roztopami, zwykle nadchodzącymi jeśli nie po kilku godzinach, to po kilku dniach. A jednak Zakopane już bodajże po raz czwarty daje radę wyczarować prawdziwą Krainę Lodu. Już z daleka widać wyłaniający się pod Wielką Krokwią zamek, a zewsząd słychać dziecięce zachwycone piski. Podchodząc bliżej, zauważamy labirynt zbudowany z lodowych kafli.IMG_5483_cr

Sprawdzaliśmy przed wyjazdem w internecie, więc wiemy, że jest największy na świecie (pewnie na Antarktydzie po prostu nikt nie wpadł na taki pomysł), ale na żywo nie robi wrażenia ogromnego. Zwiedzaliśmy kilka labiryntów roślinnych i tamte wydawały się rozleglejsze.

Ilość śniegu i tak powala, więc decydujemy się najpierw przekazać aparat fotograficzny koleżance zostającej przed wejściem z prośbą o pstrykniecie fotki na blankach muru nad wejściem. Naiwnie jeszcze wtedy wierzymy, że za kilka minut tam dotrzemy...

Po paru nieskoordynowanych zakrętach gubimy Jadzię, po następnych z ekipy odpada Bartek, a my wiemy już, że nie dojdziemy tak łatwo na miejsce upatrzone na fotografię... Postanawiamy wrócić do wyjścia i zacząć metodycznie skręcać tylko w prawo. Hmmm... okazuje się, że choć minęło zaledwie kilka minut, nikt nie ma pojęcia, jak wrócić. Ściany mają ponad dwa metry, śnieg świetnie wygłusza, nigdzie żadnych znaków charakterystycznych. W zasadzie nawet dobrze- przecież chcieliśmy mieć zabawę! Szukamy więc wyjścia lub też wejścia – bez skutku. IMG_54681

Co rusz napotykamy kolejnych zagubionych: - O, pan w zielonej kurtce! Już się widzieliśmy! Chyba chodzimy w kółko! - dochodzą zewsząd podekscytowane głosy.

Wszyscy biegają chaotycznie- dzieci, dorośli, z wypiekami na twarzach szukają właściwej drogi. Niektórych nawigują przez telefon znajomi, stojący na wieżyczce, ubawieni bezwładną bieganiną. Zza ścian nic nie widać- najchętniej by się wdrapało na mur, ale chyba wszyscy wpadają na ten sam pomysł, bo co chwila widać identyczne tabliczki z wyraźnym zakazem. Biorę więc Tosię na barana, a ta... dostrzega Jadzię. Chyba ma najlepsza orientację w terenie i powoli kieruje nami wskazując właściwy kierunek ręką. IMG_5464

IMG_5456

W końcu! Docieramy na miejsce! Ludzik Playmobil gratuluje nam sukcesu. Odnajdujemy się wszyscy i z niedowierzaniem rozglądamy wokół. Ludzie błądzący w dole proszą o pomoc w wydostaniu się, ale z góry nie widać, gdzie jest ściana, a gdzie przejście, więc niewiele można im pomóc. IMG_55111

IMG_5564

Wydaje się, że teren nie jest wielki, a jednak po wejściu do środka natychmiast gubi się orientację, pamięć, a czasem i zdrowy rozsądek. Okazuje się, że zamiast planowanych kilku minut, w środku spędziliśmy niemal godzinę. Zmarznięta na sopel koleżanka wykonuje obiecane fotki, choć chyba zdążyła już zwątpić, czy kiedykolwiek uda nam się dojść do celu.

Ale- za jakieś dwa miesiące cały labirynt, jak co roku, spłynie wraz z wiosennymi roztopami- wtedy by nas chyba znaleźli? W każdym razie TOPR-u nie zdążyliśmy wezwać, choć byliśmy blisko :)

Polecamy zabawę- koniecznie całą rodziną!

 IMG_5460

IMG_5592

 

 

 

 

środa, 23 sierpnia 2017

 

Na wielkie wojaże wakacyjne w tym roku brakuje dwóch rzeczy: urlopu i pieniędzy. Cóż- Majorka all inclusive musi zaczekać, podobnie jak inne dalekie i długie wyprawy. A jednak pod koniec wakacji udaje nam się zdobyć kilka wolnych dni (konkretnie: trzy) i zorganizować tani wyjazd (konkretnie: 20 zł za 3 noclegi dla rodziny + 44 zł za przejazdy+ jedzenie). Przeżycia- gwarantowane, niereglamentowane, bezcenne.IMG_7730

Ale od początku. Początek jest w Słupsku. Z Gdyni pociągi kursują dostatecznie często, ale przede wszystkim- są to SKM-ki, w których nie musimy się bać, czy kierownik pociągu pozwoli nam wejść z rowerami, czy też regulaminowe 6 sztuk jest już w środku i możemy się wypchać. W południe wysiadamy na miejscu i szukamy wyjazdu z miasta na trasę rowerową USBS (Ustka-Słupsk- Bytów-Sominy), którą zamierzamy przejechać prawie w całości. Przyznam, że niezbyt się przykładamy do tego zadania, gdyż od razu spotykamy przemiłą knajpkę z goframi bąbelkowymi i kawą, które to elementy blokują skutecznie nasze poszukiwania. Ściślej mówiąc- zasiadamy w jednym miejscu i całkiem się nie ruszmy, zbierając siły i kalorie na czekające nas kilometry.IMG_75611 Kiedy w końcu udaje nam się zaspokoić południowy głód i naprawdę mamy zamiar wyruszyć w trasę, na drodze staje nam niedźwiadek- a właściwie cała ich gromadka. Są bajecznie kolorowe, każdy inny- ale wszystkie wzbudzają niepohamowany zachwyt Tosi żądającej zdjęć przy absolutnie każdym. Tabliczka wmurowana obok opisuje historię ich wykonania na wzór znalezionej w okolicy bursztynowej figurki. Udaje nam się uporać z niedźwiadkami, ale oto przejeżdżamy koło miejskiego parku, a w nim sporych placów zabaw, parku Street Workout i naprawdę dużego pumptracku... może lepiej byłoby zaplanować wyprawę tylko do Słupska?IMG_7567

Po wszystkich tych „zatrzymywaczkach” znajdujemy naszą trasę. Czytaliśmy w Internecie, że świeżo oznakowana, wedle najnowszych przepisów i w ogóle jest cudownie. Rzeczywiście, przez większość dzisiejszej trasy jest idealnie. Później jednak zaczną się schody- znaki, ustawione na niewysokich, drewnianych słupkach, całkowicie giną wśród wyższych od nich pokrzywa lub też wcale ich nie ma- dobrze, że mamy trasę w telefonie.... IMG_7578

IMG_7576Tymczasem jednak wjeżdżamy na teren Parku Krajobrazowego Dolina Słupi i spędzamy w nim całe 35 kilometrów. Nie jesteśmy jedynymi rowerzystami tutaj, ale jak zawsze wzbudzamy zainteresowanie z powodu naszej przyczepki do roweru- już się przyzwyczailiśmy do pytań, jak się sprawuje, ile kosztuje i gdzie można ją kupić.IMG_7571

IMG_7574 Powoli robi się pora obiadowa- jesteśmy przygotowani raczej na zupki chińskie, ale na wszelki wypadek pytamy w Dębnicy Kaszubskiej o jakąś knajpkę. Okazuje się, że owszem, jest. Niepozorna z zewnątrz, wszakże we wsi , zadziwia nas obfitością menu i cenami. Nigdy jeszcze chyba nie zjedliśmy tak dużo za tak niską cenę- dziwne tylko, że w żadnym opisie szlaku nie znaleźliśmy informacji o gastronomii na trasie. I to tak dobrej :)IMG_7586

Pod wieczór dojeżdżamy do Gałąźni Małej- naszego dzisiejszego celu. Rozbijamy się nad rzeką, jemy chleb pieczony nad ogniskiem i śpiewamy piosenki. Czegóż chcieć więcej do szczęścia?IMG_7611

IMG_7603

Rano, po świątecznej mszy w stojącym obok mini-kościółku ruszamy dalej. Niestety, położona nieopodal elektrownia wodna dzisiaj, z powodu święta, nieczynna- a szkoda. Takie wysokie tam mają zjeżdżalnie...IMG_7623

Jedziemy zatem do Bytowa, choć trasa dzisiaj dużo bardziej wymagająca od wczorajszej. Głęboki piasek blokuje koła, podjazdów zdecydowanie więcej niż zjazdów- Tosia przeżywa pierwszy mocny kryzys. Jak to dobrze, że mimo święta wioskowe sklepy są czynne i w dodatku sprzedają lody... Po obiedzie i kolejnej porcji lodów w Bytowie humory się poprawiają- dodatkowo jedziemy teraz już wyłącznie asfaltem, więc jest nieporównywalnie lżej. Kolejne mapy turystyczne utwierdzają nas w przekonaniu, że w Sominach czeka na nas pole namiotowe. Dojeżdżamy w miejscowości, ale tu nikt o żadnym polu nie słyszał. Chyba po prostu twórcy map pomyśleli, że skoro namalowali już tyle tras rowerowych (rzeczywiście jest ich zatrzęsienie, nawet jedną jedziemy, choć nie widzimy ani jednego znaku tego potwierdzającego), to przydałoby się i pole namiotowe- tylko zapomnieli, że mapa powinna być odzwierciedleniem rzeczywistości, nie zaś pobożnym życzeniem. Trudno, rozbijamy namiot w ogródku jednego z mieszkańców.IMG_7635

Rano, po standardowym śniadaniu na schodach sklepu (takie są w wakacje najlepsze, wygrywają nawet z tymi jedzonymi na polanie nad rzeką) ruszmy żwawo, by zdążyć przed prognozowanym przez meteo deszczem. IMG_7659

IMG_7672

 

Po 25 kilometrach postój w Wielu. Najpierw wizyta na kąpielisku (czyściutki budynek przebieralni i toalet, pomosty, ratownicy, plac zabaw- normalnie europejskie standardy!), a później z nową porcją sił i energii wędrujemy do naszego ulubionego baru (jedynego zresztą) na pizzę i mrożoną kawę. To jednak wycieczka pełna niespodzianek- tym razem niemiłych- knajpa zamknięta na głucho, żadnej informacji, a kolejni zawracający sprzed drzwi letnicy utwierdzają nas w przekonaniu, że to nagła sytuacja. Akurat na nasze przybycie chyba! Przed nami zatem wizja dnia bez obiadu- do Loryńca, na którym dziś kończymy, nie ma żadnej restauracji... Jedziemy w lekko ponurawych nastrojach, bo to był nasz dzisiejszy pewnik, a nikt nie lubi, gdy coś, na co liczył, nagle zostaje mu brutalnie odebrane (szczególnie, jeśli kwestia dotyczy spraw tak fundamentalnych jak obiad) i godzinę przed metą czujemy pierwsze krople. Cholipka- miało zacząć padać dopiero za godzinę- jakiż ten deszcz jest niepunktualny, no … Tenże nic sobie nie robi ani z zegarka, ani z naszych wymówek i bez ostrzeżeń zamienia się w ulewę. Leje prościutko i nieprzerwanie, mocząc wszelkie elementy naszej garderoby, jakby nie zauważając faktu, iż podobno kurtki przeciwdeszczowe mają przed nim chronić. Na miejsce docieramy w charakterze całkowicie zmokłych kur. Na miejsce- czyli do stodoły, w której już kiedyś nocowaliśmy i jesteśmy pełni najlepszych wspomnień. Pachnące miętą siano, piec, nad którym suszymy przemoczone ubrania, ale i czysta łazienka, tak potrzebna strudzonym wędrowcom. W dodatku, choć to maleńka wioska, a na horyzoncie ani jednego człowieka, tuż obok stodoły stoi sobie przyczepa, a w niej mini-bar. W barze zaś czekają chyba tylko na nas de volaille w zestawach... Wygląda to całkowicie surrealistycznie, ale korzystamy, póki się nie okaże, że to wytwór naszej wyobraźni i podświadomych pragnień. Jeśli będziecie szukali noclegu na sianie- to tu: http://www.agroturysta.kaszuby.pl/spanie-na-sianie/IMG_7728

Słuchając bębniącego o dach deszczu zasypiamy przed ostatnim dniem naszej podróży. Na śniadanie czekają pyszne, świeże jajka. Tylko dzięki temu wybaczamy kurom baaardzo wczesną pobudkę, jaką nam zgotowały o świcie.

Żegnani przez przesympatycznych gospodarzy, ruszamy do Kościerzyny- naszego ostatniego przystanku. Tu sprawdzamy, że na pociąg musimy czekać jeszcze niemal trzy godziny. Nic nie szkodzi- przynajmniej w końcu możemy zwiedzić Muzeum Ziemi Kościerskiej, na które jakoś nigdy nie mamy czasu. Zaglądamy i tam, i do Muzeum Akordeonów w tym samym budynku. W dodatku, dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny- oba te miejsca są gratis :)IMG_7740_cr

No i końcowa atrakcja: pociąg Kościerzyna- Gdynia. Zawsze jest zagadką, czy akurat tym razem da się wejść do środa (ostatnio Bartek musiał w deszczu siedzieć na peronie i czekać na następne połączenie).

Może kierownik jest sympatyczny, a może widok dzieci robi swoje- w każdym razie udaje się. IMG_7749

W przyszłym roku wiele wskazuje na to, że urlopu będzie więcej, pieniędzy również- dlatego plany też ambitniejsze- trasa ze źródeł Wisły do Gdańska (może powinna być w tym roku, bo to Rok Wisły), ale przesuniemy troszkę. Jeśli ktoś miałby ochotę z nami- zapraszamy.

 

Podsumowanie

Dzień pierwszy: Słupsk- Gałąźnia Mała= 49,5 km

Dzień drugi: Gałąźnia Mała- Bytów- Sominy= 49,6

Dzień trzeci: Sominy- Wiele- Loryniec= 44,3 km

Dzień czwarty: Loryniec- Wąglikowice- Kościerzyna= 15 km

Całość: 158, 4 km

 

 

sobota, 08 lipca 2017

 

Prosto spod babiej Góry przenosimy się w Tatry, a dokładniej- nad Morskie Oko. Pewnie, że byliśmy tu już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy (z wyjątkiem mamy w dawnych czasach) nie nocowaliśmy w schronisku. Zwykle nocleg trzeba rezerwować zyliard lat wcześniej, ale jako Turystyczna Rodzinka możemy przebierać w terminach- długi weekend majowy? A może czerwcowy? Sprawę determinuje urlop Bartka i w rezultacie staje na dwóch noclegach wakacyjnych.

Voucher od PTTK opiewa na noclegi i wyżywienie, ale niestety nie ma opcji z pogodą. Wobec tego już na trasie z Palenicy łapią nas pierwsze krople deszczu. Jak rasowi turyści wkładamy plastikowe poncha i staramy się nie zwracać uwagi na zbierające się nad nami ciemne chmurzyska. Pewnie, zignorowane, pójdą sobie gdzie indziej- myślimy sobie. A jednak- są odporne na takie zachowania, nie przejmują się wcale i zajmują miejscówkę między Rysami a Mnichem, rozsiadając się wygodnie, zasłaniając zarówno jedno, jak i drugie.

Dużo milej niż obrażone słońce wita nas obsługa schroniska. Mamy swój pokój i przy szumie padającego deszczu zasypiamy w samym sercu Tatr.

Rano stajemy w długim ogonku po śniadanie. Każde składane zamówienie jest przez pana „w okienku” wykrzykiwane do kuchni. Z pewnym onieśmieleniem przekazujemy tajne hasło, na które mamy otrzymać posiłek.

  • Ach! To nasza Sympatyczna Turystyczna Rodzinka!- wykrzykuje gromko pan- Piszę do zeszytu! Trzy czwarte osób w kolejce przygląda nam się ciekawie (pozostała jedna czwarta to turyści anglojęzyczni), a my po raz pierwszy w życiu kupujemy „na zeszyt”. Takim okrzykiem będziemy odtąd witani na każdym posiłku. Przemiłe :)IMG_3944

Tymczasem śniadanie zjedzone i musimy coś postanowić. Wiadomo już, że wymarzone przez Jadzię powtórne zdobycie najwyższego szczytu nie wchodzi w grę. Myśleliśmy jeszcze o Wrotach Chałubińskiego, ale nie bardzo jest po co- skryte pod grubą warstwą szarosinych chmur tracą cały swój urok. Tadzio najchętniej zagrzebałby się w śpiworze z mocno sfatygowaną „Historią Litwy”, znalezioną w szafce ze schroniskowymi książkami. Spoglądając za okno, jesteśmy bliscy temu rozwiązaniu, ale jechać 700 kilometrów, aby na góry spoglądać zza okna? Trudno, zmokniemy, to się wysuszymy. Wybieramy najłatwiejszą trasę- do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Mamy ją już przećwiczoną i obfotografowaną, ale wcale nie traci przez to na uroku. Kiedy tylko, ubrani, stajemy na progu, deszcz daje za wygraną. Nie zostajemy co prawda skąpani w słońcu, ale do samego schroniska nie spada ani kropla. Coś tam usiłuje popsuć wiatr, ale gdzie tam nas, znad morza, mógłby zniechęcić wiatr... a przynajmniej po raz kolejny mamy szlak tylko dla siebie- spotykamy zaledwie kilku turystów. IMG_3945

IMG_3962

IMG_3990

IMG_3984

W schronisku pieczątki, naleśniki, szarlotka i decyzja- ładna pogoda to znak! Zmieniamy plany i zamiast wracać tą samą drogą, wybieramy trasę przez Szpiglasową Przełęcz. Jest coraz ładniej, a przy Wielkim Stawie czeka na nas nagroda- zaraz obok szlaku bawią się świstaki. Nie niepokojone przez rzesze turystów, nie robią sobie zbyt wiele z naszej obecności i baraszkują, pozwalając nam się przyglądać do woli. Pniemy się do góry. Tym razem nikt nie wada do strumyka, a na zboczu kolejna niespodzianka- stado kozic, z piątką tegorocznych maluchów. Mamy taką książkę „Zwierzęta Tatr”- pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sądziliśmy, iż będzie to jedyna forma kontaktu z tymi zwierzakami (no, może poza wypchanymi w Muzeum Tatrzańskim)... IMG_4037_cr

IMG_4048

IMG_4018

Jesteśmy daleko za połową trasy, gdy całkiem nagle (jak to w górach) robi się ciemno. Wiatr, który cały czas gwizdał wokół, uspokaja się całkowicie. Zza grani spływa ciężka mgła, w ciągu kilku chwil zasłaniająca wszystkie widoki. Ledwo zdążamy schować aparat, gdy ściana deszczu dosłownie nas przygniata. Temperatura leci kilka stopni w dół. Rzecz jasna, wokoło nie ma nic, co mogłoby posłużyć za schronienie. Jedyna rada- podkręcić tempo i przejść przez łańcuchy zanim nadejdzie burza. Nikogo nie trzeba pospieszać, dobrze, ze jesteśmy blisko przełęczy. Kiedy dochodzimy do łańcuchów, okazuje się, że ręce mamy już całkiem zgrabiałe. Dobrze, ze mamy na sobie ciepłe polary i nieprzemakalne kurtki- dzięki temu w kość dostają tylko dłonie- jednak te są nieodzowne do chwytania za łańcuchy... a miało być tak pięknie! Już raz wspinaliśmy się tędy w całkowitym mleku... IMG_4075

A może któreś z nas miałoby tu atak panicznego lęku wysokości? Na pewno utknęłoby z przerażenia na jednej ze skalnych półek i musielibyśmy wzywać ratowników, jak często czytamy w opisach toprowskich akcji... To dlatego aura tak nas broni przed widokami z podejścia... bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż natychmiast po zdobyciu przełęczy chmury zostają rozgonione, deszcz znika, jakby nigdy nie padał, a zza chmur nieśmiało przebijają lekkie promienie słońca? O burzy, której nadejścia tak się obawialiśmy, oczywiście nikt też nie pamięta.IMG_4082

IMG_4147

Zgrabiałe ręce będą potrzebować jeszcze trochę czasu, zanim odtajają do końca, ale humory od razu się poprawiają, Tosia, pozbawiona ocieplającej warstwy tłuszczowej zostaje ubrana w dodatkowe polary rodziców i spokojnie schodzimy do schroniska. Tylko wiatr niemal urywa nam głowy, a czasami zmusza do skrycia się za głazami, aby co lżejszych osób nie zwiać ze szlaku...IMG_4120

IMG_4171

Aby nie było za lekko, na kwadrans przed dotarciem do niego, dopada nas porządna ulewa, chyba tylko po to, aby pokazać, jak mogła wyglądać dzisiejsza wycieczka- i abyśmy docenili nasze szczęście....

Po takich przygodach, sympatyczno-turystycznorodzinkowa kolacja smakuje jeszcze lepiej niż poprzedniego dnia. W zasadzie wcale nie jest tak źle. Ze współczuciem przysłuchujemy się zrezygnowanemu panu, który żali się opowiadając, jak to czwarty rok już z rzędu przyjeżdża tu z synem, aby wspólnie zdobyć Rysy. I czwarty rok pogoda mu na to nie pozwala.

Na zakończenie, ostatniego dnia „zdobywamy” jeszcze Czarny Staw. Rzecz jasna po to, aby pokazać Tosi drogę na Rysy, w razie, gdyby chciała je zdobyć. Nie chciała. W swoim czasie...IMG_41951

IMG_4207

IMG_42121

 

piątek, 07 lipca 2017

Często czytamy w domu taką książkę „Żeby nóżki chciały iść”- zbiór opowieści o rożnych szczytach górskich. Niektóre są już przez nas zdobyte, inne czekają na swoją kolej. Babia Góra do tej pory znajdowała się w przechowalni, bo przykucnęła jakoś na uboczu, z dala od długich pasm górskich, w które można zaplanować kilkudniową eskapadę.

Ale oto jedziemy w Tatry, w których udało nam się zabukować jedynie dwa noclegi. Droga z Gdyni za daleka, aby opłacało się tłuc całą noc na kilka tatrzańskich chwil, więc uznajemy to za właściwą okazję do zboczenia w stronę niedalekiej wszak Babiej.

Kupujemy bilety do Makowa Podhalańskiego. Sypialne, bo w pociągu w ogóle nie ma wagonu z kuszetkami, czego celowości dotąd nie udało nam się zrozumieć. Chętnych byłoby i na 30 kuszetkowagonów, ale logika PKP wciąż pozostaje niepojęta. Wobec tego podróż kosztuje więcej niż noc w porządnym hotelu, ale czego się nie robi dla odgłosu stukotu kół...

Dobrze jest przybyć w góry rano- tak, aby od razu z pociągu ruszyć na szlak. Jednak twórca rozkładu jazdy musi cierpieć na chroniczną bezsenność. Przynajmniej dla nas 5.30 to jednak ciut za wcześnie na rozpoczęcie marszu. Trudno jednak- rozpoczynamy wakacyjną szkołę górską, a w niej lekcję „Przystosowywanie się do rzeczywistości a stawianie na swoim- co wybrać?”.IMG_3715

Planujemy podjechać na Przełęcz Krowiarki autobusem, ale oto kolejna niespodzianka: nic tam nie jeździ. Fakt- ostatnio byliśmy tu ze 20 lat temu- a w tym czasie wiele się zmieniło. Dziś większość turystów dojeżdża na przełęcz własnym samochodem, zostawia go na parkingu i dopiero wyrusza na wycieczkę z małym plecaczkiem, na obiadokolacji meldując się w jakimś przytulnym agro w dolince. Pozostali turyści to dzieci- uczestnicy wycieczek- podwożeni na przełęcz kolonijnym autokarem. Ponieważ ani jedni, ani drudzy nie wychodzą na szlak przed 10tą, powolutku ruszamy szlakiem ciągnącym się kilka kilometrów asfaltową drogą. Dobrze, że choć położoną w lesie :)

Mamy mnóstwo czasu, idziemy więc powolutku, w końcu wchodzimy na leśną ścieżkę, gdzie również nie przyspieszamy, bo i po co? Robimy postoje przy strumykach, ale i tak w południe dochodzimy do schroniska.IMG_37231

Zostawiamy plecaki i popołudnie spędzamy na Małej Babiej Górze. Pogoda prześliczna, wylegujemy się więc na niewielkich polankach. Po chwili okazuje się, że nie tylko my- spotykamy też korzystające ze słońca żmije zygzakowate i od tego czasu dużo baczniej patrzymy pod nogi. Dopiero jutro, w drodze na Babią zobaczymy ogrodzone miejsca z tabliczkami informującymi o występowaniu tychże węży.IMG_3762

IMG_3765

IMG_37511

Dzieciaki oczywiście fascynują się kamiennymi kopczykami stawianymi w pobliżu szlaku. Wybucha wojna na śmierć i życie o to, czy każdemu turyście wolno do stosu dołożyć tylko jeden kamień, czy też dowolną ich ilość. Nigdy bym się nie spodziewała, że nawet o to można pokłócić. Widocznie, skoro w górach generalnie nie występują powody do sprzeczek między rodzeństwem, należy stworzyć je sztucznie :)IMG_3756

W schronisku pustki. Turyści jednodniowi schodzą dość szybko do swoich, pozostawionych na przełęczy, aut i pozostaje tylko kilkanaście osób w wielkim, wyremontowanym schronisku. A my się martwiliśmy, czy będą miejsca. Następnym razem chyba będziemy się zastanawiać, czy schroniska jeszcze nie zamknęli...

Drugi dzień to wejście na szczyt. Pogoda jak marzenie, więc wybieramy wejście Percią Akademików, bo skoro już tu jesteśmy, to zal nie skorzystać z jedynego w Beskidach szlaku wysokogórskiego. Wspominamy nasze wejście tutaj ponad 20 lat temu i oczekujemy tłumów na trasie. Tymczasem, mimo że wychodzimy w trasę dopiero o 10ej, mimo ślicznej aury i mimo wakacji aż do samego szczytu nie mamy w zasięgu wzroku żadnej osoby. Z jednej strony super- kameralnie, niespiesznie pniemy się pod górę nikomu nie przeszkadzając, z drugiej- jakoś tak zbyt pusto na tym tłumnie niegdyś odwiedzanym szlaku.IMG_3789

IMG_3795

Samo podejście na Diablak pamiętamy jako mocne przeżycie. Tymczasem nasze dzieci, po licznych wędrówkach w Tatrach, właściwie nie zauważają Czarnego Dzioba- niemal pionowej ośmiometrowej skały. Dla Tosi mamy co prawda uprząż obawiając się, ze jej wzrost nie pozwoli na samodzielne wspinanie się, ale okazuje się on tylko psychiczną podporą dla taty.IMG_3821

IMG_3830

IMG_3817

IMG_3803

Zauważamy też, że nadszedł już ten wyczekiwany czas, gdy dzieci chodzą same, wyprzedzając zasapanych rodziców o wiele, wiele metrów. Kiedy padnięci docieramy na szczyt, one są od dawna gotowe do dalszej drogi. Szybko to zleciało...IMG_3843

Napawamy się widokami (znowu muszą nam starczyć na wiele miesięcy) i powoli wracamy grzbietem. W końcu pojawiają się turyści, dążący na Diablak najkrótszą drogą z przełęczy. Widzimy ich króciutko, bo wybieramy zejście Percią Przyrodników. Trasa przepiękna, wśród łanów paproci, niesamowicie stroma i... absolutnie pusta.IMG_3869

IMG_3878

IMG_3917

IMG_3924

 

 

Z obolałymi od zejścia nogami wracamy do schroniska, gdzie zupełnie nieoczekiwanie spotykamy gdyńskich znajomych. Co prawda w Trójmieście nigdy nie udaje nam się zobaczyć, ale za to w górach, bez umawiania się- proszę bardzo! Dzieci mają więc kompanów do planszówek (polecamy duży zbiór w schronisku), a dorośli- do wieczornych rozmów.

Rano chcemy jeszcze tylko zajrzeć do maleńkiego Muzeum Turystyki Górskiej. Bierzemy klucze i uparcie próbujemy dopasować je do zamka w maleńkim budyneczku opisanym jako muzeum. Nie wchodzi nijak. Obchodzimy domek dookoła szukając innych drzwi. Nie ma, oczywiście. Próbują dzieci, jako bardziej obeznane w nowych technologiach- również z zerowym skutkiem. Dobrze, że wokół nikogo, bo wyglądamy nieco głupawo. Tym bardziej, że już kilka lat temu zbiory przeniesiono do stojącej kilka metrów dalej GOPR-ówki...IMG_3934

Po obejrzeniu muzeum raz-dwa znajdujemy się w Makowie Podhalańskim z optymistycznym zamiarem równie szybkiego dostania się do Zakopanego. To przecież nawet nie 70 kilometrów, więc nie ma problemu. A przynajmniej nie powinno go być. Autobus jeździ do stolicy Tatr raz dziennie- oczywiście o absurdalnej dla nas godzinie. Nie przejmujemy się, bo nie jesteśmy zbyt wymagającymi turystami. Oczywiście, ze możemy się przesiadać- do Rabki przecież na pewno co chwila jeżdżą autobusy. Albo chociaż busy. Lub taksówki. Cokolwiek. Główna droga, turystyczna miejscowość- a połączenia żadnego. Nigdy.

Dlatego też ze stoickim spokojem siadamy na dworcu. Nowiusieńkie perony, czyściutka kostka, wszystko lśni i błyszczy, ale budynek zamknięty na głucho, toalety brak, a pociąg... musimy tylko zaczekać 2,5 godziny... Dobrze, że w pobliżu dają dobre lody.

Podróże kształcą!

 IMG_39421

 

 

 

piątek, 23 czerwca 2017

 

To ciekawe, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu świat dziecka ograniczał się do trzepaka przed domem albo pobliskiego zagajnika, a dzisiaj możliwości są niemal nieograniczone. Co roku powstaje kilka coraz ciekawszych miejsc na turystycznej mapie Polski i aż ciężko za nimi nadążyć. O Farmie Iluzji słyszeliśmy już kilka razy i tylko szukaliśmy okazji. A o tę trudno, bo położona jest na południowy wschód od Warszawy. Ale tym razem wracamy z Puław, więc jest całkowicie po drodze.

Wiemy z internetowych opinii, że trzeba zaplanować na pobyt tutaj sporo czasu, dlatego jesteśmy przy wejściu równo z otwarciem. Przy kasach otrzymujemy mapę atrakcji, ale kiedy po ponad pięciu godzinach musimy park opuścić, aby dotrzeć do domu przed północą, wcale nie znamy wszystkich zakamarków. Do ciekawszych miejsc planowaliśmy wrócić za chwilę, ale ciekawość gnała nas w nowe rejony i... w końcu nie zdążamy.

Wniosek: pięć godzin to stanowczo za mało.

Siedem chyba też...

Co to właściwie takiego Farma Iluzji? Jej oficjalna nazwa- Park Edukacji i Rozrywki świetnie oddaje charakter miejsca. Elementy wesołego miasteczka, placu zabaw, muzeum – wszystko wzajemnie się przeplata. Trochę nauki, trochę zabawy, zabawa dla młodszych , frajda dla starszych.

Zresztą- zobaczcie sami nasz subiektywny przegląd atrakcji:

* latająca chata tajemnic, symbol Farmy, od razu wywołuje skojarzenia z filmem „Odlot”. Jeśli nie oglądaliście, to polecamy! W środku co prawda nie odlatujemy, ale wrażenie jest mocne. Nawet na dorosłych działa mocniej niż na dzieci. Wydaje ci się, ze stoisz prosto? Nic bardziej mylnego. Błędnik wariuje, próbujesz zachować pion, ale tu nic nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać...IMG_2063

* pokój Amesa to jedno z wielu tutaj miejsc, gdzie poznajemy różnego rodzaju złudzenia optyczne. W końcu skądś się wzięła nazwa Farma Iluzji....IMG_2081

* w labiryncie luster nie spodziewaliśmy się żadnych rewelacji, a jednak! Od razu za pierwszym zakrętem Jadzia wpada w ścianę będąc przekonana, ze tam właśnie znajduje się wyjście. Tosia obraca się wkoło, stwierdza, że wyjścia nie ma wcale i wczepia się w rękaw mamy. Bartek pstryka zdjęcia, potęgując zdezorientowanie... wydostanie się wcale nie było trywialneIMG_2096

IMG_2098

* laserowa misja to trasa, którą trzeba pokonać jak najszybciej. Niby łatwe, ale w pokoju jest całkowicie ciemno, a w dodatku nie można dotknąć żadnego z laserowych promieni, zmieniających swoje miejsca. Trzy poziomy trudności gwarantują dobre dwadzieścia minut zabawy i pobijania rekordów trasy.

 IMG_2102_cr2

IMG_2106

 

* karuzele- smak nigdy nieprzemijającego dzieciństwa. Dla maluszków i tych nieco starszych- żadnej nie odpuszczamy, bo przecież w każdym z nas jest troszkę dziecka.IMG_2208

IMG_2214_cr

IMG_2246_cr

IMG_2275_cr

* tajemnica opuszczonej kopalni- nie napiszę więcej, bo to tajemnica, ale uchylamy jej rąbka: z dzieci nie stchórzył tylko Tadzio (dziewczyny wymiękły i nadal nie wiedzą, co je ominęło), a mama naprawdę dała się nabrać :)IMG_2368

* strzelnice- strzelać można tu na wiele sposobów. Tata przypomina sobie młodzieńcze lata i próbuje sił w strzelaniu z wiatrówki. Jadzia uwielbia łucznictwo i bez problemu trafia w środek tarczy. Dla maluchów takich jak Tosia jest i strzelnica dopasowana do gabarytów strzelca- trafia w smoki.IMG_2171

IMG_2195_cr

IMG_2412_cr

* segway- to pojazd, na którym od dawna chcieliśmy się przejechać. Tu w końcu mamy możliwość, na wyznaczonym torze, z lekkimi wzniesieniami można sobie popróbować. Super zabawa, ale tylko dla tych, którzy ważą minimum 35 kilo.IMG_2431

IMG_2445

* trampoliny – i inne dmuchańce, gdzie można, a nawet trzeba skakać, rzucać się, robić fikołki, wykopy i inne sprawy, których nie wolno w domu. Rodzice po kilku chwilach (wersja dzieci) albo godzinach (wersja dorosłych) siadają na ławkach i ciężko dyszą. Obok na ławce zasiada opiekunka grupy szkolnej doprowadzonej do skakalni i dobitnie wykrzykuje: - Dzieci, nie biegamy, chłopcy, nie wolno robić salt!!! Po cichutku łączymy się w bólu z dziećmi pozostającymi pod opieką pani....IMG_2183

IMG_2295

IMG_2286

IMG_2305

IMG_2374

* atrakcje wodne- kule, łódeczki, tratwy i wszystko, co unosi się na wodzie to zawsze nie lada gratka w ciepłe dni. W wyścigach łódek nikt nie dal rady wyprzedzić Tosi (rodzice nawet nie próbowali).IMG_2351_cr

* grobowiec faraona to gratka dla Tadzia- miłośnika historii. Nie przewidział jednak końcowego spotkania z mumią....IMG_2394

IMG_2384

To nie wszystkie atrakcje- ale chyba lepiej przeżyć samemu niż oglądać. Można na spokojnie: są miejsca do dłuższego zwiedzania, gdzie odbijemy swój cień albo poznamy możliwości animacji komputerowych, można szaleńczo: wisząc, bujając się, wspinając i skacząc. Można spacerując: w całym kompleksie roi się od tablic z ciekawostkami ze świata sztuki, przyrody i nauki.

Jak się nie da? Nie da się nudzić :)

IMG_2073

IMG_2060

IMG_2174

IMG_2422

IMG_2462

IMG_2158

IMG_2483

IMG_2426

 

wtorek, 13 czerwca 2017

Będąc na Dolnym Śląsku przejazdem tylko, mamy do zagospodarowania jeden dzień. Wielkiej wyprawy nie zaplanujemy, ale szukamy, co by tu ciekawego...

Kraina Wygasłych Wulkanów- brzmi inspirująco. Nawet nie wiedzieliśmy, że mamy w kraju takie miejsce...

Spoglądamy na mapę szukając czegoś, co można zwiedzić w niedzielę, mając do dyspozycji kilka godzin. Znajdujemy Dobków- a w nim Sudecką Zagrodę Edukacyjną. Niech będzie.

Zaglądamy na stronę internetową, a tam zakładka: dla rodzin. Niestety, to wciąż jeszcze rzadkość- dział edukacja znajdziemy już w większości stron muzeów, ale zwykle niestety dotyczy on wyłącznie szkół i innych grup zorganizowanych.

Tutaj mamy propozycję rodzinnego zwiedzania z przewodnikiem. No, to pięknie. Kupujemy bilet rodzinny i wraz z kilkoma innymi rodzinami rozpoczynamy zwiedzanie. Przystanek pierwszy to woda. Stajemy nad makietą rzeki i badamy, jak działa. Skąd i dokąd płynie, jak działają tamy i zapory, szukamy bezpiecznych miejsc dla miasteczek. Oczywiście, nie „na sucho” - samemu wyciągamy tamę i sprawdzamy położenie terenów zalewowych.IMG_1374

Obok gabloty z minerałami. Nieco zdziwieni patrzymy, jak pan edukator otwiera zamek, wyciąga kolejne eksponaty, a następnie- daje je dzieciom do ręki. Tu bezpowrotnie minęły czasy tabliczek z napisem: Nie dotykać! I groźnie patrzącą z krzesełka w rogu sali panią... Dzięki temu każdy sam sprawdza twardość minerałów w skali Mohsa, rysując paznokciem kolejne skały.IMG_1401

Drugi dział to nadające nazwę krainie- wulkany. Są filmy, projekcje, wulkany w przekroju, wulkany podwodne, wybuchające gejzery, samodzielne programowanie wybuchów... długo można opowiadać.IMG_14051

IMG_1408

IMG_1413

Na koniec jeszcze krótki film w sali projekcyjnej i ostatnia atrakcja: symulator trzęsienia ziemi. Dzieciaki nie chcą zejść i trzęsienie przeżywają chyba z 10 razy... dobrze, że na niby.

Przy wyjściu z wystawy każdy może rozwiązać „Test wulkanologa”. Dwie skale trudności, po 10 zmieniających się pytań, konkretny czas na udzielenie odpowiedzi. Ciekawe- powiedzielibyśmy, że to zwykła, elektroniczna klasówka po prostu, a tymczasem dzieciaki nie mogą się oderwać, by sprawdzać i sprawdzać, czy już wszystko wiedzą, umieją, potrafią. Za każdym razem drukuje się karteczka z wynikiem- i już taki gadżet wystarczy, by nauka była czystą przyjemnością :)IMG_1363

Na zewnątrz jeszcze tylko godzina szukania złota wśród piasku i wody na specjalnej platformie- i ruszamy w dalszą drogę.

Miejsce z całą pewnością warte polecenia i na pewno tu jeszcze wrócimy!

 IMG_1365

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10