Zakładki:
POLECAM!
Tagi
Blogi turystyczne Gdzie na Wakacje z dzieckiem?
Zakładki:
sobota, 08 lipca 2017

 

Prosto spod babiej Góry przenosimy się w Tatry, a dokładniej- nad Morskie Oko. Pewnie, że byliśmy tu już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy (z wyjątkiem mamy w dawnych czasach) nie nocowaliśmy w schronisku. Zwykle nocleg trzeba rezerwować zyliard lat wcześniej, ale jako Turystyczna Rodzinka możemy przebierać w terminach- długi weekend majowy? A może czerwcowy? Sprawę determinuje urlop Bartka i w rezultacie staje na dwóch noclegach wakacyjnych.

Voucher od PTTK opiewa na noclegi i wyżywienie, ale niestety nie ma opcji z pogodą. Wobec tego już na trasie z Palenicy łapią nas pierwsze krople deszczu. Jak rasowi turyści wkładamy plastikowe poncha i staramy się nie zwracać uwagi na zbierające się nad nami ciemne chmurzyska. Pewnie, zignorowane, pójdą sobie gdzie indziej- myślimy sobie. A jednak- są odporne na takie zachowania, nie przejmują się wcale i zajmują miejscówkę między Rysami a Mnichem, rozsiadając się wygodnie, zasłaniając zarówno jedno, jak i drugie.

Dużo milej niż obrażone słońce wita nas obsługa schroniska. Mamy swój pokój i przy szumie padającego deszczu zasypiamy w samym sercu Tatr.

Rano stajemy w długim ogonku po śniadanie. Każde składane zamówienie jest przez pana „w okienku” wykrzykiwane do kuchni. Z pewnym onieśmieleniem przekazujemy tajne hasło, na które mamy otrzymać posiłek.

  • Ach! To nasza Sympatyczna Turystyczna Rodzinka!- wykrzykuje gromko pan- Piszę do zeszytu! Trzy czwarte osób w kolejce przygląda nam się ciekawie (pozostała jedna czwarta to turyści anglojęzyczni), a my po raz pierwszy w życiu kupujemy „na zeszyt”. Takim okrzykiem będziemy odtąd witani na każdym posiłku. Przemiłe :)IMG_3944

Tymczasem śniadanie zjedzone i musimy coś postanowić. Wiadomo już, że wymarzone przez Jadzię powtórne zdobycie najwyższego szczytu nie wchodzi w grę. Myśleliśmy jeszcze o Wrotach Chałubińskiego, ale nie bardzo jest po co- skryte pod grubą warstwą szarosinych chmur tracą cały swój urok. Tadzio najchętniej zagrzebałby się w śpiworze z mocno sfatygowaną „Historią Litwy”, znalezioną w szafce ze schroniskowymi książkami. Spoglądając za okno, jesteśmy bliscy temu rozwiązaniu, ale jechać 700 kilometrów, aby na góry spoglądać zza okna? Trudno, zmokniemy, to się wysuszymy. Wybieramy najłatwiejszą trasę- do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Mamy ją już przećwiczoną i obfotografowaną, ale wcale nie traci przez to na uroku. Kiedy tylko, ubrani, stajemy na progu, deszcz daje za wygraną. Nie zostajemy co prawda skąpani w słońcu, ale do samego schroniska nie spada ani kropla. Coś tam usiłuje popsuć wiatr, ale gdzie tam nas, znad morza, mógłby zniechęcić wiatr... a przynajmniej po raz kolejny mamy szlak tylko dla siebie- spotykamy zaledwie kilku turystów. IMG_3945

IMG_3962

IMG_3990

IMG_3984

W schronisku pieczątki, naleśniki, szarlotka i decyzja- ładna pogoda to znak! Zmieniamy plany i zamiast wracać tą samą drogą, wybieramy trasę przez Szpiglasową Przełęcz. Jest coraz ładniej, a przy Wielkim Stawie czeka na nas nagroda- zaraz obok szlaku bawią się świstaki. Nie niepokojone przez rzesze turystów, nie robią sobie zbyt wiele z naszej obecności i baraszkują, pozwalając nam się przyglądać do woli. Pniemy się do góry. Tym razem nikt nie wada do strumyka, a na zboczu kolejna niespodzianka- stado kozic, z piątką tegorocznych maluchów. Mamy taką książkę „Zwierzęta Tatr”- pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sądziliśmy, iż będzie to jedyna forma kontaktu z tymi zwierzakami (no, może poza wypchanymi w Muzeum Tatrzańskim)... IMG_4037_cr

IMG_4048

IMG_4018

Jesteśmy daleko za połową trasy, gdy całkiem nagle (jak to w górach) robi się ciemno. Wiatr, który cały czas gwizdał wokół, uspokaja się całkowicie. Zza grani spływa ciężka mgła, w ciągu kilku chwil zasłaniająca wszystkie widoki. Ledwo zdążamy schować aparat, gdy ściana deszczu dosłownie nas przygniata. Temperatura leci kilka stopni w dół. Rzecz jasna, wokoło nie ma nic, co mogłoby posłużyć za schronienie. Jedyna rada- podkręcić tempo i przejść przez łańcuchy zanim nadejdzie burza. Nikogo nie trzeba pospieszać, dobrze, ze jesteśmy blisko przełęczy. Kiedy dochodzimy do łańcuchów, okazuje się, że ręce mamy już całkiem zgrabiałe. Dobrze, ze mamy na sobie ciepłe polary i nieprzemakalne kurtki- dzięki temu w kość dostają tylko dłonie- jednak te są nieodzowne do chwytania za łańcuchy... a miało być tak pięknie! Już raz wspinaliśmy się tędy w całkowitym mleku... IMG_4075

A może któreś z nas miałoby tu atak panicznego lęku wysokości? Na pewno utknęłoby z przerażenia na jednej ze skalnych półek i musielibyśmy wzywać ratowników, jak często czytamy w opisach toprowskich akcji... To dlatego aura tak nas broni przed widokami z podejścia... bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż natychmiast po zdobyciu przełęczy chmury zostają rozgonione, deszcz znika, jakby nigdy nie padał, a zza chmur nieśmiało przebijają lekkie promienie słońca? O burzy, której nadejścia tak się obawialiśmy, oczywiście nikt też nie pamięta.IMG_4082

IMG_4147

Zgrabiałe ręce będą potrzebować jeszcze trochę czasu, zanim odtajają do końca, ale humory od razu się poprawiają, Tosia, pozbawiona ocieplającej warstwy tłuszczowej zostaje ubrana w dodatkowe polary rodziców i spokojnie schodzimy do schroniska. Tylko wiatr niemal urywa nam głowy, a czasami zmusza do skrycia się za głazami, aby co lżejszych osób nie zwiać ze szlaku...IMG_4120

IMG_4171

Aby nie było za lekko, na kwadrans przed dotarciem do niego, dopada nas porządna ulewa, chyba tylko po to, aby pokazać, jak mogła wyglądać dzisiejsza wycieczka- i abyśmy docenili nasze szczęście....

Po takich przygodach, sympatyczno-turystycznorodzinkowa kolacja smakuje jeszcze lepiej niż poprzedniego dnia. W zasadzie wcale nie jest tak źle. Ze współczuciem przysłuchujemy się zrezygnowanemu panu, który żali się opowiadając, jak to czwarty rok już z rzędu przyjeżdża tu z synem, aby wspólnie zdobyć Rysy. I czwarty rok pogoda mu na to nie pozwala.

Na zakończenie, ostatniego dnia „zdobywamy” jeszcze Czarny Staw. Rzecz jasna po to, aby pokazać Tosi drogę na Rysy, w razie, gdyby chciała je zdobyć. Nie chciała. W swoim czasie...IMG_41951

IMG_4207

IMG_42121

 

piątek, 07 lipca 2017

Często czytamy w domu taką książkę „Żeby nóżki chciały iść”- zbiór opowieści o rożnych szczytach górskich. Niektóre są już przez nas zdobyte, inne czekają na swoją kolej. Babia Góra do tej pory znajdowała się w przechowalni, bo przykucnęła jakoś na uboczu, z dala od długich pasm górskich, w które można zaplanować kilkudniową eskapadę.

Ale oto jedziemy w Tatry, w których udało nam się zabukować jedynie dwa noclegi. Droga z Gdyni za daleka, aby opłacało się tłuc całą noc na kilka tatrzańskich chwil, więc uznajemy to za właściwą okazję do zboczenia w stronę niedalekiej wszak Babiej.

Kupujemy bilety do Makowa Podhalańskiego. Sypialne, bo w pociągu w ogóle nie ma wagonu z kuszetkami, czego celowości dotąd nie udało nam się zrozumieć. Chętnych byłoby i na 30 kuszetkowagonów, ale logika PKP wciąż pozostaje niepojęta. Wobec tego podróż kosztuje więcej niż noc w porządnym hotelu, ale czego się nie robi dla odgłosu stukotu kół...

Dobrze jest przybyć w góry rano- tak, aby od razu z pociągu ruszyć na szlak. Jednak twórca rozkładu jazdy musi cierpieć na chroniczną bezsenność. Przynajmniej dla nas 5.30 to jednak ciut za wcześnie na rozpoczęcie marszu. Trudno jednak- rozpoczynamy wakacyjną szkołę górską, a w niej lekcję „Przystosowywanie się do rzeczywistości a stawianie na swoim- co wybrać?”.IMG_3715

Planujemy podjechać na Przełęcz Krowiarki autobusem, ale oto kolejna niespodzianka: nic tam nie jeździ. Fakt- ostatnio byliśmy tu ze 20 lat temu- a w tym czasie wiele się zmieniło. Dziś większość turystów dojeżdża na przełęcz własnym samochodem, zostawia go na parkingu i dopiero wyrusza na wycieczkę z małym plecaczkiem, na obiadokolacji meldując się w jakimś przytulnym agro w dolince. Pozostali turyści to dzieci- uczestnicy wycieczek- podwożeni na przełęcz kolonijnym autokarem. Ponieważ ani jedni, ani drudzy nie wychodzą na szlak przed 10tą, powolutku ruszamy szlakiem ciągnącym się kilka kilometrów asfaltową drogą. Dobrze, że choć położoną w lesie :)

Mamy mnóstwo czasu, idziemy więc powolutku, w końcu wchodzimy na leśną ścieżkę, gdzie również nie przyspieszamy, bo i po co? Robimy postoje przy strumykach, ale i tak w południe dochodzimy do schroniska.IMG_37231

Zostawiamy plecaki i popołudnie spędzamy na Małej Babiej Górze. Pogoda prześliczna, wylegujemy się więc na niewielkich polankach. Po chwili okazuje się, że nie tylko my- spotykamy też korzystające ze słońca żmije zygzakowate i od tego czasu dużo baczniej patrzymy pod nogi. Dopiero jutro, w drodze na Babią zobaczymy ogrodzone miejsca z tabliczkami informującymi o występowaniu tychże węży.IMG_3762

IMG_3765

IMG_37511

Dzieciaki oczywiście fascynują się kamiennymi kopczykami stawianymi w pobliżu szlaku. Wybucha wojna na śmierć i życie o to, czy każdemu turyście wolno do stosu dołożyć tylko jeden kamień, czy też dowolną ich ilość. Nigdy bym się nie spodziewała, że nawet o to można pokłócić. Widocznie, skoro w górach generalnie nie występują powody do sprzeczek między rodzeństwem, należy stworzyć je sztucznie :)IMG_3756

W schronisku pustki. Turyści jednodniowi schodzą dość szybko do swoich, pozostawionych na przełęczy, aut i pozostaje tylko kilkanaście osób w wielkim, wyremontowanym schronisku. A my się martwiliśmy, czy będą miejsca. Następnym razem chyba będziemy się zastanawiać, czy schroniska jeszcze nie zamknęli...

Drugi dzień to wejście na szczyt. Pogoda jak marzenie, więc wybieramy wejście Percią Akademików, bo skoro już tu jesteśmy, to zal nie skorzystać z jedynego w Beskidach szlaku wysokogórskiego. Wspominamy nasze wejście tutaj ponad 20 lat temu i oczekujemy tłumów na trasie. Tymczasem, mimo że wychodzimy w trasę dopiero o 10ej, mimo ślicznej aury i mimo wakacji aż do samego szczytu nie mamy w zasięgu wzroku żadnej osoby. Z jednej strony super- kameralnie, niespiesznie pniemy się pod górę nikomu nie przeszkadzając, z drugiej- jakoś tak zbyt pusto na tym tłumnie niegdyś odwiedzanym szlaku.IMG_3789

IMG_3795

Samo podejście na Diablak pamiętamy jako mocne przeżycie. Tymczasem nasze dzieci, po licznych wędrówkach w Tatrach, właściwie nie zauważają Czarnego Dzioba- niemal pionowej ośmiometrowej skały. Dla Tosi mamy co prawda uprząż obawiając się, ze jej wzrost nie pozwoli na samodzielne wspinanie się, ale okazuje się on tylko psychiczną podporą dla taty.IMG_3821

IMG_3830

IMG_3817

IMG_3803

Zauważamy też, że nadszedł już ten wyczekiwany czas, gdy dzieci chodzą same, wyprzedzając zasapanych rodziców o wiele, wiele metrów. Kiedy padnięci docieramy na szczyt, one są od dawna gotowe do dalszej drogi. Szybko to zleciało...IMG_3843

Napawamy się widokami (znowu muszą nam starczyć na wiele miesięcy) i powoli wracamy grzbietem. W końcu pojawiają się turyści, dążący na Diablak najkrótszą drogą z przełęczy. Widzimy ich króciutko, bo wybieramy zejście Percią Przyrodników. Trasa przepiękna, wśród łanów paproci, niesamowicie stroma i... absolutnie pusta.IMG_3869

IMG_3878

IMG_3917

IMG_3924

 

 

Z obolałymi od zejścia nogami wracamy do schroniska, gdzie zupełnie nieoczekiwanie spotykamy gdyńskich znajomych. Co prawda w Trójmieście nigdy nie udaje nam się zobaczyć, ale za to w górach, bez umawiania się- proszę bardzo! Dzieci mają więc kompanów do planszówek (polecamy duży zbiór w schronisku), a dorośli- do wieczornych rozmów.

Rano chcemy jeszcze tylko zajrzeć do maleńkiego Muzeum Turystyki Górskiej. Bierzemy klucze i uparcie próbujemy dopasować je do zamka w maleńkim budyneczku opisanym jako muzeum. Nie wchodzi nijak. Obchodzimy domek dookoła szukając innych drzwi. Nie ma, oczywiście. Próbują dzieci, jako bardziej obeznane w nowych technologiach- również z zerowym skutkiem. Dobrze, że wokół nikogo, bo wyglądamy nieco głupawo. Tym bardziej, że już kilka lat temu zbiory przeniesiono do stojącej kilka metrów dalej GOPR-ówki...IMG_3934

Po obejrzeniu muzeum raz-dwa znajdujemy się w Makowie Podhalańskim z optymistycznym zamiarem równie szybkiego dostania się do Zakopanego. To przecież nawet nie 70 kilometrów, więc nie ma problemu. A przynajmniej nie powinno go być. Autobus jeździ do stolicy Tatr raz dziennie- oczywiście o absurdalnej dla nas godzinie. Nie przejmujemy się, bo nie jesteśmy zbyt wymagającymi turystami. Oczywiście, ze możemy się przesiadać- do Rabki przecież na pewno co chwila jeżdżą autobusy. Albo chociaż busy. Lub taksówki. Cokolwiek. Główna droga, turystyczna miejscowość- a połączenia żadnego. Nigdy.

Dlatego też ze stoickim spokojem siadamy na dworcu. Nowiusieńkie perony, czyściutka kostka, wszystko lśni i błyszczy, ale budynek zamknięty na głucho, toalety brak, a pociąg... musimy tylko zaczekać 2,5 godziny... Dobrze, że w pobliżu dają dobre lody.

Podróże kształcą!

 IMG_39421

 

 

 

piątek, 23 czerwca 2017

 

To ciekawe, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu świat dziecka ograniczał się do trzepaka przed domem albo pobliskiego zagajnika, a dzisiaj możliwości są niemal nieograniczone. Co roku powstaje kilka coraz ciekawszych miejsc na turystycznej mapie Polski i aż ciężko za nimi nadążyć. O Farmie Iluzji słyszeliśmy już kilka razy i tylko szukaliśmy okazji. A o tę trudno, bo położona jest na południowy wschód od Warszawy. Ale tym razem wracamy z Puław, więc jest całkowicie po drodze.

Wiemy z internetowych opinii, że trzeba zaplanować na pobyt tutaj sporo czasu, dlatego jesteśmy przy wejściu równo z otwarciem. Przy kasach otrzymujemy mapę atrakcji, ale kiedy po ponad pięciu godzinach musimy park opuścić, aby dotrzeć do domu przed północą, wcale nie znamy wszystkich zakamarków. Do ciekawszych miejsc planowaliśmy wrócić za chwilę, ale ciekawość gnała nas w nowe rejony i... w końcu nie zdążamy.

Wniosek: pięć godzin to stanowczo za mało.

Siedem chyba też...

Co to właściwie takiego Farma Iluzji? Jej oficjalna nazwa- Park Edukacji i Rozrywki świetnie oddaje charakter miejsca. Elementy wesołego miasteczka, placu zabaw, muzeum – wszystko wzajemnie się przeplata. Trochę nauki, trochę zabawy, zabawa dla młodszych , frajda dla starszych.

Zresztą- zobaczcie sami nasz subiektywny przegląd atrakcji:

* latająca chata tajemnic, symbol Farmy, od razu wywołuje skojarzenia z filmem „Odlot”. Jeśli nie oglądaliście, to polecamy! W środku co prawda nie odlatujemy, ale wrażenie jest mocne. Nawet na dorosłych działa mocniej niż na dzieci. Wydaje ci się, ze stoisz prosto? Nic bardziej mylnego. Błędnik wariuje, próbujesz zachować pion, ale tu nic nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać...IMG_2063

* pokój Amesa to jedno z wielu tutaj miejsc, gdzie poznajemy różnego rodzaju złudzenia optyczne. W końcu skądś się wzięła nazwa Farma Iluzji....IMG_2081

* w labiryncie luster nie spodziewaliśmy się żadnych rewelacji, a jednak! Od razu za pierwszym zakrętem Jadzia wpada w ścianę będąc przekonana, ze tam właśnie znajduje się wyjście. Tosia obraca się wkoło, stwierdza, że wyjścia nie ma wcale i wczepia się w rękaw mamy. Bartek pstryka zdjęcia, potęgując zdezorientowanie... wydostanie się wcale nie było trywialneIMG_2096

IMG_2098

* laserowa misja to trasa, którą trzeba pokonać jak najszybciej. Niby łatwe, ale w pokoju jest całkowicie ciemno, a w dodatku nie można dotknąć żadnego z laserowych promieni, zmieniających swoje miejsca. Trzy poziomy trudności gwarantują dobre dwadzieścia minut zabawy i pobijania rekordów trasy.

 IMG_2102_cr2

IMG_2106

 

* karuzele- smak nigdy nieprzemijającego dzieciństwa. Dla maluszków i tych nieco starszych- żadnej nie odpuszczamy, bo przecież w każdym z nas jest troszkę dziecka.IMG_2208

IMG_2214_cr

IMG_2246_cr

IMG_2275_cr

* tajemnica opuszczonej kopalni- nie napiszę więcej, bo to tajemnica, ale uchylamy jej rąbka: z dzieci nie stchórzył tylko Tadzio (dziewczyny wymiękły i nadal nie wiedzą, co je ominęło), a mama naprawdę dała się nabrać :)IMG_2368

* strzelnice- strzelać można tu na wiele sposobów. Tata przypomina sobie młodzieńcze lata i próbuje sił w strzelaniu z wiatrówki. Jadzia uwielbia łucznictwo i bez problemu trafia w środek tarczy. Dla maluchów takich jak Tosia jest i strzelnica dopasowana do gabarytów strzelca- trafia w smoki.IMG_2171

IMG_2195_cr

IMG_2412_cr

* segway- to pojazd, na którym od dawna chcieliśmy się przejechać. Tu w końcu mamy możliwość, na wyznaczonym torze, z lekkimi wzniesieniami można sobie popróbować. Super zabawa, ale tylko dla tych, którzy ważą minimum 35 kilo.IMG_2431

IMG_2445

* trampoliny – i inne dmuchańce, gdzie można, a nawet trzeba skakać, rzucać się, robić fikołki, wykopy i inne sprawy, których nie wolno w domu. Rodzice po kilku chwilach (wersja dzieci) albo godzinach (wersja dorosłych) siadają na ławkach i ciężko dyszą. Obok na ławce zasiada opiekunka grupy szkolnej doprowadzonej do skakalni i dobitnie wykrzykuje: - Dzieci, nie biegamy, chłopcy, nie wolno robić salt!!! Po cichutku łączymy się w bólu z dziećmi pozostającymi pod opieką pani....IMG_2183

IMG_2295

IMG_2286

IMG_2305

IMG_2374

* atrakcje wodne- kule, łódeczki, tratwy i wszystko, co unosi się na wodzie to zawsze nie lada gratka w ciepłe dni. W wyścigach łódek nikt nie dal rady wyprzedzić Tosi (rodzice nawet nie próbowali).IMG_2351_cr

* grobowiec faraona to gratka dla Tadzia- miłośnika historii. Nie przewidział jednak końcowego spotkania z mumią....IMG_2394

IMG_2384

To nie wszystkie atrakcje- ale chyba lepiej przeżyć samemu niż oglądać. Można na spokojnie: są miejsca do dłuższego zwiedzania, gdzie odbijemy swój cień albo poznamy możliwości animacji komputerowych, można szaleńczo: wisząc, bujając się, wspinając i skacząc. Można spacerując: w całym kompleksie roi się od tablic z ciekawostkami ze świata sztuki, przyrody i nauki.

Jak się nie da? Nie da się nudzić :)

IMG_2073

IMG_2060

IMG_2174

IMG_2422

IMG_2462

IMG_2158

IMG_2483

IMG_2426

 

wtorek, 13 czerwca 2017

Będąc na Dolnym Śląsku przejazdem tylko, mamy do zagospodarowania jeden dzień. Wielkiej wyprawy nie zaplanujemy, ale szukamy, co by tu ciekawego...

Kraina Wygasłych Wulkanów- brzmi inspirująco. Nawet nie wiedzieliśmy, że mamy w kraju takie miejsce...

Spoglądamy na mapę szukając czegoś, co można zwiedzić w niedzielę, mając do dyspozycji kilka godzin. Znajdujemy Dobków- a w nim Sudecką Zagrodę Edukacyjną. Niech będzie.

Zaglądamy na stronę internetową, a tam zakładka: dla rodzin. Niestety, to wciąż jeszcze rzadkość- dział edukacja znajdziemy już w większości stron muzeów, ale zwykle niestety dotyczy on wyłącznie szkół i innych grup zorganizowanych.

Tutaj mamy propozycję rodzinnego zwiedzania z przewodnikiem. No, to pięknie. Kupujemy bilet rodzinny i wraz z kilkoma innymi rodzinami rozpoczynamy zwiedzanie. Przystanek pierwszy to woda. Stajemy nad makietą rzeki i badamy, jak działa. Skąd i dokąd płynie, jak działają tamy i zapory, szukamy bezpiecznych miejsc dla miasteczek. Oczywiście, nie „na sucho” - samemu wyciągamy tamę i sprawdzamy położenie terenów zalewowych.IMG_1374

Obok gabloty z minerałami. Nieco zdziwieni patrzymy, jak pan edukator otwiera zamek, wyciąga kolejne eksponaty, a następnie- daje je dzieciom do ręki. Tu bezpowrotnie minęły czasy tabliczek z napisem: Nie dotykać! I groźnie patrzącą z krzesełka w rogu sali panią... Dzięki temu każdy sam sprawdza twardość minerałów w skali Mohsa, rysując paznokciem kolejne skały.IMG_1401

Drugi dział to nadające nazwę krainie- wulkany. Są filmy, projekcje, wulkany w przekroju, wulkany podwodne, wybuchające gejzery, samodzielne programowanie wybuchów... długo można opowiadać.IMG_14051

IMG_1408

IMG_1413

Na koniec jeszcze krótki film w sali projekcyjnej i ostatnia atrakcja: symulator trzęsienia ziemi. Dzieciaki nie chcą zejść i trzęsienie przeżywają chyba z 10 razy... dobrze, że na niby.

Przy wyjściu z wystawy każdy może rozwiązać „Test wulkanologa”. Dwie skale trudności, po 10 zmieniających się pytań, konkretny czas na udzielenie odpowiedzi. Ciekawe- powiedzielibyśmy, że to zwykła, elektroniczna klasówka po prostu, a tymczasem dzieciaki nie mogą się oderwać, by sprawdzać i sprawdzać, czy już wszystko wiedzą, umieją, potrafią. Za każdym razem drukuje się karteczka z wynikiem- i już taki gadżet wystarczy, by nauka była czystą przyjemnością :)IMG_1363

Na zewnątrz jeszcze tylko godzina szukania złota wśród piasku i wody na specjalnej platformie- i ruszamy w dalszą drogę.

Miejsce z całą pewnością warte polecenia i na pewno tu jeszcze wrócimy!

 IMG_1365

 

 

 

piątek, 02 czerwca 2017

 

To chyba takie najpopularniejsze dziecięce marzenie- mieć domek na drzewie. A jeśli nie można mieć (a tak jest w przypadku większości mieszkańców większych miast), to chociaż w nim przenocować...

Kiedy więc w nagrodę w konkursie Turystyczna Rodzinka, organizowanym przez PTTK otrzymujemy voucher na pobyt w hotelu domków na drzewie, od razu wiemy, że będzie to udana wyprawa.

Przybywamy do Kulturinsel Einsiedel pod wieczór, bo odległość od Trójmiasta to jedyny mankament tego miejsca. W recepcji obsługa dwujęzyczna- po „Dzień dobry” natychmiast podchodzi pani mówiąca po polsku i z uśmiechem wręcza nam klucze do Domku Króla Bergamo, w którym spędzimy dwie noce. Do pęku kluczy przymocowana jest latarka- co wydaje się dziwnym pomysłem, ale naprawdę się przyda....IMG_17061

Z mapą w ręku i bagażami wiezionymi na wiklinowych taczkach odnajdujemy hotel- rozglądamy się w poszukiwaniu właściwego domku... na ziemi małe chatki, nakryte wiklinowymi daszkami jak czapeczki leśnych ludków:IMG_1703

wyżej, w koronach drzew drewniane chatki- każda inna, każda w odmiennym stylu, ze zjazdem na ziemię na zjeżdżalni:IMG_1763_cr

W końcu widzimy nasz. Wchodzimy po drewnianej platformie i stajemy przed- oczywiście drewnianymi- drzwiami domku. IMG_1460Nie mamy porównania z innymi wnętrzami, ale nasz królewski okazuje się nie tylko z nazwy. Trzy piętra (no, może pięterka) z trzema sypialniami. Wszystko w odcieniach karmazynu i złota: narzuty, frędzle, tysiąc poduch, poduszek i poduszeczek, dywany, szkatułki, królewskie pierścienie, imbryki, a nawet .. kapcie królewskie. Nie mówiąc o tronach i koronach- nawet w toalecie! Za oknami- konary drzew i setki ptaków. Jesteśmy w szoku.IMG_14631

IMG_1749

IMG_1753_cr

IMG_1755

IMG_1748_cr

IMG_1754

Tosia koniecznie chce spać z mamą. Odpowiadam, że nie ma mowy, rodzice śpią razem.

- Zobaczysz, jak już opuszczę dom, to będziesz chlipać, że nie spałaś ze mną, kiedy jeszcze mogłaś!- ze smutkiem, ale i satysfakcją komentuje nasza najmłodsza, córeczka mamusi. Argument daje do myślenia....

Po nocy spędzonej w domu, co rośnie na drzewie, wędrujemy na śniadanie. Restauracja idealnie wkomponowana w styl Trolli panujący dokoła- ani kawałka plastiku czy zwykłej porcelany. Zresztą, zobaczcie sami:IMG_1739

IMG_1741

Menu zadowoli każdego, nawet bardzo wybrednego gościa. Szczególnie małego- jest tu wszystko, co lubią dzieci.

Po śniadaniu czeka nas cały dzień szaleństwa w Parku Przygody. Nasz domek na drzewie mieści się bowiem w samym centrum czegoś, co można nazwać wielkim placem zabaw skrzyżowanym z zoo i wesołym miasteczkiem. Utrzymany w jednakowej konwencji dawnej krainy ludu Turisede pozbawiony jest całkowicie taniej jarmarczności. Nie ma bajecznie kolorowych, plastikowych zabawek, bezpiecznych gumowanych nawierzchni, ani śladu wszechobecnej dziś chińszczyzny. Gdzie się rozejrzeć- głazy (często duże:uważaj, bo spadniesz!), piasek (także gruboziarnisty (co będzie, jak się dziecko przewróci), mnóstwo zieleni (z pewnością pełnej kleszczy i komarów) oraz betonu (kasków nie przewidziano). Pierwotny nasz zamiar opierał się na tym, że dzieci biegają i eksplorują, a rodzice sączą kawę na balkonie domku. Latorośle od razu jednak odnajdują tablicę wyjaśniającą bez cienia wątpliwości, że bawić będziemy się wszyscy razem (niemowląt na stanie nie posiadamy, odpada więc argument o potrzebie opieki nad nimi).IMG_1780

Kolejne godziny, niemal do zachodu słońca, to po prostu nieustający szał.

Biegamy po podziemiach (tu przydają się latarki, bo duża część atrakcji schowana jest pod ziemią, często w całkowitych ciemnościach). Nie wiem, jakim cudem nikt się nie zgubił ani nie dostał zawału na widok namalowanego kościotrupa czy wyrzeźbionej głowy. Z wnętrza wychodzi się albo betonowymi rurami, albo plastikowymi, albo zjeżdża zjeżdżalnią (nigdy nie wiadomo, gdzie cię wyrzuci).IMG_1625

IMG_1652

Chodzimy wśród koron drzew. Może słowo „chodzimy” to nadużycie, bo odnosi się jedynie do dzieci, my- rodzice bardziej przeciskamy się, czołgamy i pełzamy. Szczególnie ciężko jest na zakrętach, ale jakoś dajemy radę.IMG_16791

IMG_1689

IMG_1737

IMG_1725

IMG_1650

 

Bujamy się na całego. Huśtanie, gibanie i bujanie stymuluje pracę mózgu i rozwija układ przedsionkowy- wyczytałam to w jakimś mądrym artykule, więc w zasadzie możemy powiedzieć, że się nie bawimy, ale dbamy o rozwój naszych dzieci. Prawda, jacy z nas odpowiedzialni rodzice? Pomysłowość budowniczych parku nie zna granic- niemal wszystko, do czego da się wleźć, da się i bujać. Kosze, klatki, nawet wielkie jajka, a także dywan czy zwykła karuzela- buja się w przód, w tył i na boki.IMG_15401

IMG_1525

IMG_1697

Upał coraz mocniej daje się we znaki- i w tym momencie natrafiamy na strefę wodną. Dziesiątki sikaczy pluje wodą, można tworzyć własne koryta rzeki, wlewać wodę wiaderkami albo po prostu biegać po mokrej nawierzchni. Tego nam było trzeba do szczęścia!IMG_1633_cr

IMG_1664

IMG_1668

Są też i kąciki tematyczne- mniej dynamiczne. Można się pobawić we fryzjera albo dentystę. Tata jest chętny! (dzięki temu zyskuje chwilę siedzenia bez ruchu).IMG_1676

A- jeszcze zwierzaki. Za 1 euro można kupić karmę dla zwierząt i podkarmiać to i owo. Surykatki biegają wolno i nie są zainteresowane, paw również wypina się do nas tyłkiem (znaczy: ogonem), za to osioł baaardzo głośno dopomina się racji, a kozy mało nie demolują płotu, aby odebrać nam jedzonko.IMG_1509

Dobrze, że chociaż strefę dla maluszków nam dzieci darowały.

Wieczorem, o 22.30 możemy otworzyć kopertę z instrukcją gry nocnej. W zasadzie chętnie, ale jest jeden szkopuł: o tej godzinie wszyscy dawno śpimy, padnięci bardziej niż po całodziennym wyścigu rowerowym :) Będzie musiała zaczekać na następny przyjazd. IMG_16422

IMG_17442

IMG_16701

Rano musimy się zbierać, aby o rozsądnej porze wrócić do Gdyni. Smętnie podążamy w stronę bramy wyjściowej.

- Jeszcze tylko chwilkę na trampolinie, dobrze?- proszą dzieci błagalnie.IMG_1769_cr

Na koniec Jadzia stwierdza: Wiecie, to był mój najlepszy wyjazd w życiu- lepszy nawet od Legolandu!... Tam tylko siadaliśmy na karuzelach, chwila krzyku i śmiechu i wysiadaliśmy. A tutaj to jest prawdziwa zabawa, bo można bawić się tak, jak się chce!

Pełna zgoda.

IMG_1573

IMG_1719

 

sobota, 11 marca 2017

 

Kiedy rodziny z dziećmi pytają nas, co warto zobaczyć w Trójmieście, jednym tchem wymieniamy okoliczne, najbardziej znane atrakcje. W Gdyni na liście króluje Oceanarium- tylko, że ostatnio byliśmy w nim jeszcze przed narodzinami Tosi, czyli co najmniej 9 lat temu.

Dobrze zatem byłoby zweryfikować nasze wspomnienia z rzeczywistością. Na okazję nie musimy długo czekać- trzy razy do roku miasto organizuje biegi masowe dla dzieci dokładnie naprzeciw wejścia do Akwarium, więc tuż po sportowych zmaganiach, z medalami na szyjach, zaglądamy do środka.

Cóż, mimo remontów wnętrze się nie powiększyło. Utykamy w kolejce do kasy usytuowanej jakieś pół metra od drzwi wejściowych. Tłum zwiedzających kłębi się okrutnie na maleńkiej przestrzeni, ale dajemy radę. Teraz kolejka do szatni (planujemy tu trochę pobyć, a chodzenie z kurtkami, czapkami, wypadającymi z rękawów rękawiczkami nie pociąga nas zanadto). Choć od otwarcia minęło zaledwie pół godziny, miejsc już brak. Widocznie mimo wcale nie tanich biletów (dla naszej rodziny 2+3 kosztują 72 zł) i obrzydliwego zimna na dworze, chętnych nie brakuje. W końcu udaje się zostawić niepotrzebne bambetle i możemy wyruszyć na podbój głębin morskich.

Niestety, Akwarium nie posiada żadnej oferty zwiedzania skierowanej do rodzin, ale za 2 złote można wypożyczyć multimedialne przewodniki. Inwestujemy więc ciekawi tej nowości. Chociaż dużo bardziej preferujemy bardziej osobisty kontakt z oprowadzającym, i ten sposób zwiedzania ma swoje zalety- jest cicho i nikt nie zadaje miliona pytań, co jest dużym oddechem dla rodziców :)

Dziewczyny wybierają wersję dla dzieci, Tadzio jaki gimnazjalista zostaje przez obsługę zakwalifikowany jako dorosły (co zmienia w ustawieniach w połowie zwiedzania i od tej pory wysłuchuje obu wersji). To na pewno świetny pomysł na urozmaicenie wędrówki po kolejnych salach, szczególnie w przypadku opcji dziecięcej, w której pojawiają się zagadki i pytania dotyczących obserwowanych okazów. W każdym razie przez 2 godziny chodzenia dzieciom się nie znudziło. Niestety, zdarzają się błędy w aplikacji i brak niektórych opisów, ale tylko kilku- da się przeżyć.

 

IMG_0125

IMG_0083

 

IMG_0091

IMG_0065

IMG_0129

 

Przechodzimy przez kolejne sale- zaczynamy od mieszkańców pobliskiej Zatoki Puckiej. Mama zazdrości wężynkom, które składają ikrę na brzuchu samca i mają w nosie swoje dzieciątka. Ech... żadnej ciąży, przeszkadzającego brzucha i spuchniętych nóg- niech żyją wężynki! Dzieci chciałyby dotknąć babek,ale niestety sala „mokra” została zamknięta :(

Przechodzimy „przez” rafę koralową (oczywiście z obowiązkowymi dla każdego

 

dziecka błazenkami i konikami morskimi i salę wodnych zwierząt świata. Dwie mureny są dziś wyjątkowo aktywne i na chwilę wychodzą (w całości- a długa ta całość) z ukrycia, od lat niezmiennie budząc w Jadzi grozę. Ośmiornica natomiast jak zwykle wygląda jak zmięta szmata. Można właściwie pomylić z praniem, które nasze dzieci wywieszają na sznurze- zwisa tak samo smętnie.

IMG_0110

 

Oglądamy – i słuchamy!- węgorze elektryczne oraz najbardziej chyba okazałe zwierzaki- anakondy zielone. Te jednak nie zaszczycają nas ani jednym spojrzeniem. Ignorują nas tak dalece, że Tadzio długo dopytuje siostry, jakie są w tym akwarium okazy, bo on nic nie widzi... no tak, kilka metrów bieżących węża łatwo wszak przeoczyć.

Prócz żywych okazów oglądamy też Salę Bałtycką- ta jednak nie zmieniła się chyba od 20 lat- tak, że nawet przewodnik ją pominął. Podobno muzeum szykuje się do poważnego remontu- tej sali z pewnością przydałby się mały lifting.

Po niemal dwóch godzinach spacerowania bolą już nogi- szkoda, że wózeczki, podobne do takich z marketów spożywczych, są dostępne tylko dla malutkich dzieci- przydałyby się i wersje dla starszaków :)

Aby przedostać się do wyjścia, trzeba przejść przez sklepik z pamiątkami. To dobry chwyt marketingowy, szkoda jednak, że w takim miejscu królują Minionki i lord Vader.

 

Teraz już, jak na prawdziwych gdynian przystało, wiemy na świeżo, czy i jak polecać Akwarium. Owszem, jak najbardziej, miejsce warte zobaczenia. Tylko w odpowiedniej kolejności- najpierw tutaj, później dopiero Wrocław czy inna Barcelona. Aby kolejne miejsca zachwycały, a nie rozczarowywały.

 

wtorek, 21 lutego 2017

 

Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy przybyła całkiem nieoczekiwanie. Miało jej w tym roku nie być (tak przynajmniej zapowiadały wszystkie strony z prognozami pogody). Zima. Święta jak zwykle szaro-bure, ale w styczniu Pomorze przykryło się puchową kołderką. Ferie mamy w tym roku jako pierwsze województwo, więc już w połowie stycznia wsiadamy do pociągu i , po raz pierwszy w śniegu, ruszamy na drugi koniec Polski- do Zakopanego.

 

Tym razem przed rozpoczęciem sześciodniowego kursu pod kątem instruktorów mamy pięć dni na poznawanie okolicznych stoków narciarskich. Lubimy Tatry, bo w odległości pół godziny mamy do wyboru tyle stoków, ze każdego dnia możemy jeździć na innym. Tym razem prócz opisanej już na blogu Szymoszkowej odwiedzamy:

 

Małe Ciche- idealne na początek, na „rozprostowanie kości” i przypomnienie sobie umiejętności z zeszłego roku. Dwa wyciągi krzesełkowe niestety nie dają rady z tłumem chętnych (może dlatego, że jesteśmy tam w niedzielę- łudźmy się, że w środku tygodnia jest luźniej). Wszyscy pchają się jednak do nowoczesnego, dłuższego i szybszego. My wybieramy wolniejszy i starszy, dzięki czemu udaje nam się jednak więcej jeździć niż stać w kolejkach. Niespecjalnie polecamy już jeżdżącym ze względu na tłumy oraz mnóstwo ludzi, którzy stawiają na nartach pierwsze kroki i mocno utrudniają jazdę bardziej zaawansowanym.

IMG_20170122_110614

 

Suche Ski z kolei okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie jest to ośla łączka, ale też , z wyjątkiem jednej trasy, nie bardzo trudny stok. Z boku- snowpark- ulubione miejsce Tadzia, bo cóż może być przyjemniejszego od jazdy po hopkach. Na dole knajpka z możliwością zjedzenia obiadu. No i całodniowe skipasy na gruponie w okazyjnej cenie, z czego skorzystaliśmy i nie żałujemy. A przede wszystkim- naprawdę niewiele osob- z wyjątkiem jednej godziny w ciągu dnia nie staliśmy w kolejce do wyciągu.

 

Kasprowy Wierch- po raz pierwszy byliśmy na nartach dwa lata temu, ale tylko „na jeden zjazd” i od tej pory marzyło nam się więcej. Rok temu przez cały styczeń w ogóle nie było warunków do otwarcia stoku, ale teraz w końcu się udało. To, oczywiście, góra dla już umiejących jeździć całkiem dobrze. Ale tak naprawdę, to przede wszystkim warunkiem jest wiara w siebie i mocna psychika. Nie mówimy oczywiście o stałych bywalcach alpejskich stoków. Natomiast jeśli ktoś – jak my- porusza się po niewielkich ośrodkach narciarskich, i nagle spojrzy ze szczytu na wielką przestrzeń i pierwsze sto metrów naprawdę stromizny, to może go złapać paraliżujący lęk (sprawdzone na miejscu). Jednak po pierwszym zjeździe jest już super. Wśród narciarzy trwają spory na temat wyższości Doliny Goryczkowej nad Gąsienicową i odwrotnie. Dla naszych dzieci hitem był slalom z pomiarem czasu na Gąsienicowej, ale i tak na pierwszym miejscu stoi wytrwale nartostrada z Goryczkowej. To tak urokliwa trasa, że najchętniej zjeżdżaliby tylko tam :)

Tym bardziej, że za każdym razem, gdy tu jesteśmy, jest niemal zupełnie pusto i zero jakichkolwiek kolejek do wyciągów. Chyba wszyscy narciarze siedzą już w Austrii czy innych Włoszech. Jak dla nas- niech siedzą jak najdłużej :)

 

IMG_20170120_144824

Harenda- stok dla bardziej zaawansowanych, chyba, że korzysta się z bocznego wyciągu orczykowego. Skoro jednak jest duża góra, to dlaczego korzystać tylko z jej połowy? Według nas idealna na wieczorne jeżdżenie (30 zł za 3 godziny szusowania), ale z odwiedzonych przez nas stoków najbardziej wymagająca.

 

Przetestowaliśmy wszystkie stoki w odległości 15 kilometrów od Zakopanego, więc szukamy i czegoś nie dla ciała, lecz umysłu. Centrum Edukacji Przyrodniczej Tatrzańskiego Parku Narodowego odwiedzaliśmy już wielokrotnie, ale w tym roku są nowości – a w czasie ferii zwiedzanie jest darmowe. Korzystamy z obu nowych możliwości:

projekcja filmu interaktywnego Przed wejściem każdy otrzymuje tablet, loguje się wprowadzając swoje dane i ogląda (film, nie tablet). Co jakiś czas jednak spogląda i na tablet, gdyż tam właśnie może przyjrzeć się wnętrzu jaskini lub sprawdzić, jak porusza się niedźwiedź. Są też quizy- kilka razy zaskakują nas pytania odnoszące się do filmu. Pomysł super, z dwoma zastrzeżeniami- liczy się nie tylko dobra odpowiedź, ale i czas jej udzielenia- co przy dzieciach powoli jeszcze czytających jest mocno stresujące. Po drugie- odpowiedzi na niektóre pytania nie są zawarte w przedstawianym filmie, tylko odwołują się do wiedzy widza. Ciężko zaś oczekiwać od ośmiolatka wiedzy na temat spadku temperatury wraz ze wzrostem wysokości npm... Nigdzie zaś nie znajdziemy informacji, iż film przeznaczony jest dla nastolatków i dorosłych. Z kolei pod koniec projekcji prosta gra, w której jako świstak uciekamy przed lisem i zjadamy roślinki: typowo dla maluchów. Przydałby się w tym jakiś porządek, ale tak czy owak warto skorzystać.

Sala odkryć to z kolei świetne miejsce dla każdego- małego i dużego. Należy zapisać się na zwiedzanie na stronie eeagrants.tpn.pl, ale od razu radzimy- na dwie godziny! My nie byliśmy tak mądrzy i z wielką niechęcią musieliśmy opuścić wystawę po godzinie. Na miejscu poznajemy zwierzęta i rośliny Tatr, szlaki turystyczne, geologię- a wszystko to w arcyciekawej formule. Nie będziemy zdradzać zbyt wiele, ale na pewno nikt nie będzie się nudził- to zaręczamy i z całego serca rekomendujemy!

 IMG_20170128_150933

IMG_20170128_150904

 

Prócz zwiedzania i szusowania jeden dzień przeznaczamy na piesze wędrówki. Pogoda piękna, wybieramy Ścieżkę nad Reglami. Latem żal nam na nią czasu, skoro jest tyle piękniejszych, a i bardziej wymagających szlaków, ale na zimowe warunki jest idealna. Wyruszamy z Kuźnic i najpierw zahaczamy o pustelnie Brata Alberta. Zwykle przechodząc tamtędy mammy przed sobą (lub też za sobą) cały dzień na nogach, więc nam nie po drodze. Tym razem czeka nas niedluga przechadzka, więc w końcu możemy tu zajrzeć. Oglądamy maleńki domek z kilkoma pamiątkami po bracie Albercie- skromniutko tu, ale czegóż by się można spodziewać po takiej osobie? Ciekawym rozwiązaniem są słuchawki z nagraną historią życia świętego. Miejsce położone tuż obok ruchliwego szlaku, a wchodzi się jakby w inny wymiar- cichy i zamyślenia. Nawet dzieci!

Tak czy siak czeka nas dalsza droga, więc żegnamy to miejsce i idziemy dalej. Tuż przed hotelem na Kalatówkach wchodzimy na czarny szlak. Po kilku minutach marszu pod górę dzieci zaczynają przymarudzać, bo przez narty odwykły już od chodzenia, a poza tym miało być przyjemnie, a nie pod górę. Wobec tego gdy tylko wychodzimy na górną polankę, zarządzamy odpoczynek. Śnieg mięciutki jak materac, słońce na bezchmurnym niebie- czegóż chcieć więcej? Zalegamy na dobre- aż ciężko uwierzyć, że to środek zimy. Dobrze, że dzisiaj mamy goreteksy i inne paskudztwa i leżenie na śniegu jest bardzo przyjemne. IMG_20170121_115523Nie będziemy tu jednak biwakować i czas schodzić. Mijamy kolejne urokliwe mostki, co chwilka odsłania się widok na Zakopane. Już teraz dzieci nie marudzą- widzą, że opłacało się trochę powspinać. Kiedy robi się bardziej z górki, wszyscy siadają na tyłkach i... jazda! Mijamy kolejnych dorosłych z jabłuszkami do zjeżdżania- wcale się nie wstydzą zabawy. Turyści idący pod górę w większości mają na butach nakładki z kolcami. Spotykamy oczywiście i takich „turystów”, co to przyjechali pod Krokiew „na skoki”, przy okazji wybrali się na szlak i teraz w miejskich butach próbują łapać równowagę- z różnym skutkiem. W końcu Doliną Białego schodzimy do miasta- wycieczka w sam raz na zimową eskapadę z dziećmi.

Tak oto po raz kolejny- siódmy chyba z rzędu- mamy zakopiańskie ferie. Co zadziwiające, każdego roku odkrywamy nowe miejsca i nowe dla nas możliwości. Ciekawe, dokąd udamy się w przyszłym roku :) ?

 

poniedziałek, 31 października 2016

 

Mamy do zagospodarowania tydzień rodzinnych wakacji. Organizujemy rodzinną debatę. Wygrywają góry, ale za chwilę dowiadujemy się, że PKP w ramach akcji „Rodzinne podróże” zlikwidowały tanie kuszetki, a że do wyjazdu pozostało tylko 28 dni, więc pula tanich biletów również się wyprzedała. Cóż, z pięcioosobową rodziną wyjazd w góry trzeba planować dużo wcześniej. Na drugim miejscu jest wyprawa rowerowa. Tym razem jednak dłuższa i dalsza, więc z koniecznością kupna sakw- odkładamy na przyszły rok (jakby nam ktoś kupował prezenty gwiazdkowe, to poprosimy właśnie dobre sakwy). Wygrywa miejsce trzecie- pomysł Tosi, czyli Wrocław. Byliśmy tam pięć lat temu, jeszcze przed początkami bloga. W pamięci dzieci tylko pojedyncze obrazki.

Niedrogi hostel tuż przy rynku znajdujemy dosłownie w pięć minut, następne pięć zajmuje kupno biletów na pociąg. I gotowe.

Na wrocławskim dworcu lądujemy późnym wieczorem. Niespiesznie wędrujemy piechotą w stronę Rynku. Dwudziestominutowy spacer i jesteśmy na miejscu. Rynek tętni życiem, ale musimy się wyspać, bo od rana czeka na nas

PANORAMA RACŁAWICKA. Wybieramy zwiedzanie w formie lekcji muzealnej. Bilet jest ponad dwukrotnie tańszy od rodzinnego (od normalnego trzykrotnie), a zwiedzanie dużo ciekawsze. Pani przewodnik nie mówi pseudonaukowym bełkotem, cierpliwie odpowiada na pytania i sama je zadaje. Pewnie nie obejrzeliśmy obrazu tak kompleksowo, jak w standardowej godzinie, ale za to aż żal było wychodzić. IMG_7950

IMG_7956

Nie smucimy się jednak długo, bo od razu po panoramie czeka nas

ZWIEDZENIE Z PRZEWODNIKIEM. Dokładniej- z panią przewodnik, znaną nam z poprzedniej wizyty. Tak samo, jak wówczas umiała dotrzeć do 5-latków, tak teraz bez problemu wchodzi w tryb prawie-nastolatkowy. Dzieciaki dostają plansze, zadania do wykonania, naklejki do naklejania i legendy do słuchania. Dwugodzinny spacer po Starym Mieście męczy, ale nikomu nie nudzi się ani przez chwilę. Polecamy panią Aldonę wszystkim.

IMG_7996

Żeby dać troszkę odpocząć zmęczonym umysłom (wszak są wakacje), resztę dnia spędzamy na przechadzce wszędzie i nigdzie. Oczywiście „zaliczamy” kolejne krasnale, kupujemy specjalne krasnalowe przewodniki i zaznaczamy na mapie te już odnalezione. Wieczorem, a konkretnie o zmroku pojawiamy się na Ostrowie Tumskim w poszukiwaniu

LATARNIKA. Rozglądamy się, wypatrujemy i... jest! Najprawdziwszy w świecie, w pelerynie i cylindrze i ze specjalną tyczką. Po chwili drepcze już za nim stadko gapiów, co wcale nie dziwi, bo gdzież my dzisiaj zobaczymy na żywo takie dziwy...

Drugi dzień w większości spędzamy w

ZOO. Z poprzedniego pobytu dobrze wspominamy rodzinne oprowadzanie- ale niestety, nie prowadzą już takich zajęć, a naprawdę szkoda. Wobec tego kierujemy się do polecanego chyba przez wszystkich afrykarium. Rzeczywiście, nie rozczarowujemy się. Duże wybiegi nijak nie przypominają klasycznego ZOO z ciasnymi klatkami i przysypiającymi zwierzakami uwięzionymi w środku. Dobre pół godziny spędzamy na obserwowaniu małego hipopotama, baraszkującego z rodzicami jakieś 20 centymetrów od nas. Jeszcze pokaz kotików- nieoddzieleni kratami ani szybami oglądamy i słuchamy. Tuż obok nas miła pani z dzieckiem poprzestaje tylko na wrażeniach słuchowych i tuż po objaśnieniach prowadzącego, czym różnią się uchatki od fok i dlaczego kotiki nie są fokami wykrzykuje nad naszymi uszami do swej córeczki: Widzisz, jakie fajne foki!?

 

Rezerwujemy na ZOO pół dnia, ale przy ładnej pogodzie spokojnie można tu spędzić calutki dzień, bez obaw, że będzie się nudziło. Najciekawsze są bez wątpienia karmienia pokazowe- można ich śladem podążać do godziny 15ej, poznając kolejne gatunki zwierzaków. Ceny na pewno nie są najniższe, ale w wakacje można przyjść w tani poniedziałek lub, co wybieramy, kupić bilet łączony z

AQUAPARKIEM. Wrocławski basen stoi wysoko w naszych notowaniach. Trzygodzinny wstęp pozwala na zaliczenie wszystkich atrakcji łącznie z aqua-aerobikiem. Ratownicy patrzą i czuwają, ale przy zjeżdżalniach nie sprawdzają wzrostu dzieci co do centymetra, jak to się gdzieniegdzie zdarza.

Wody w ogóle w naszym wyjeździe sporo, bo kolejnego dnia odwiedzamy nowe miejsce na turystycznej mapie Wrocławia-

HYDROPOLIS. Takie centrum nauki, ale tylko o tym, co związane z wodą. Nie jesteśmy pewni, czy nas zaciekawi, ale szybko wciągamy się tak, że w końcu obsługa grzecznie nas wyprasza, bo już zamykają.... Dogłębnie poznajemy historię Titanica, tworzymy śnieg i deszcz, obserwujemy morskie zwierzaki, robimy przegląd największych wodospadów... długo by wymieniać. Atrakcja raczej dla starszych dzieci, przedszkolaki pewnie by się nudziły, bo dużo tu czytania, jeśli chce się wszystkiego dowiedzieć. Choć zawsze można się po prostu położyć na leżakach i relaksować się słuchając szmeru strumyka...

 

Ostatni punkt planu to KOLEJKOWO. Miejsce znalezione przez Jadzię i, szczerze mówiąc, mamy trochę wątpliwości, czy warto. Wejście drogie, jakichkolwiek zniżek dla rodzin brak. Ale w końcu jeśli chcemy, aby to dzieci tworzyły plan wyjazdu, to nie możemy torpedować ich pomysłów... trudno, najwyżej zmarnujemy trochę kasy. Gigantyczna makieta robi wrażenie, tylko, że żadne z nas nie jest fanem kolejnictwa, więc zastanawiamy się po cichu, czy całe zwiedzanie zajmie nam chociaż kwadrans. Pani w kasie, jakby czytając w naszych myślach, daje nam (banalne, jakby się wydawało) zadanie: znajdźcie wszystkie dziewięć kotów. Wiecie, ile się ich szuka? Oj, długo, ale za to jak wesoło! Powoli odkrywamy kolejne scenki rodzajowe, śmieszne postacie, znane budynki. Jednym słowem, po godzinie oglądania stwierdzamy, iż zabawa jest przednia.

Udaje nam się też wejść na Mostek Czarownic. Chodził za nami poprzednim razem, ale w końcu nie zdążyliśmy, więc teraz nadrabiamy. Nie wiemy, jak tam czarownice, ale Tadzio z mamą umierają ze strachu. Niepotrzebne żadne skoki na bungee- wystarczy nas wystawić na wiszący nad dachem niewielki most. Reszta rodziny oczywiście ma ubaw i w ogóle nie współczuje tym, co przełamują swe lęki...

 

Prócz wszystkich tych konkretnych atrakcji sporo czasu spędzamy wałęsając się po Starym Mieście. Wychodzimy z założenia, że wakacje nie są od siedzenia w kuchni, więc dogłębnie poznajemy menu okolicznych knajpek. Szczególnie przypada nam do gustu pierogarnia i, oczywiście, pijalnia czekolady :) Kiedy nie jemy, chodzimy po Rynku. Może dlatego, że w naszej Gdyni nie ma rynku, ten tak lubimy. Szczególnie wieczorami oglądamy niezliczone pokazy.. czego? Właściwie wszystkiego, co człowiek potrafi. Zabawy z ogniem, kuglarze, tancerze, śpiewacy i gimnastycy- długo można wymieniać, a jeszcze dłużej- stać i oglądać. Ale i w środku dnia jest co robić- dzieci najchętniej bawią się wielkimi bańkami mydlanymi, które nie nudzą się chyba w żadnym wieku.

 

Niestety, ze względu na sezon wakacyjny, nie udaje nam się wybrać na żaden spektakl teatralny- w końcu jednak coś trzeba sobie zostawić na- kolejny raz :)

 

niedziela, 23 października 2016

Wschodnia Polska marzyła nam się od dawna. Dobrych kilka lat temu zahaczyliśmy o Suwalszczyznę, ale od tego czasu zawsze było za daleko. Niby w kilometrach nie wygląda najgorzej, ale dojazd pociągiem praktycznie nie istnieje, a jakość dróg pozostawia tak wiele do życzenia, że zawsze wygrywają góry.

Tym razem tuż nad Bugiem ma miejsce coroczny Zlot Rodzin Harcerskich, więc w końcu mamy motywację, aby zrealizować przy okazji i turystyczne plany.

Bazę noclegową mamy w ośrodku w Serpelicach, nad samym Bugiem, a kilka migawek ze spędzonego tam tygodnia przedstawiamy poniżej:

  • Kodeń pewnie nie znalazłby się w naszych planach, ale drodze do miejsce wysłuchujemy całej „Błogosławionej winy” Zofii Kossak,a do tego akurat trafiamy na odpust, który sam w sobie jest już atrakcją. Nastawiamy się tylko na kościół, no i oczywiście cudowny obraz, ale okazuje się, że jest tu co robić. Zaciekawia nas tabliczka: labirynt. Idziemy mając nadzieję na zagubienie się w gąszczu krzewów, ale okazuje się, że to ogród zielny. Każde ziółko opisane, czym jest i świetnie, bo my znamy je już tylko z obrazków na opakowaniu przypraw w sklepie :( Bramą do ogrodu są tablice z przykazaniami, na długą chwilę przysiadamy przy fontannie oczyszczenia- w miejscu stworzonym po to, by na chwilę zatrzymać się, pomyśleć, zastanowić- jakże rzadko mamy na to czas o ochotę w codziennym biegu....

  • spływ kajakowy Bugiem jest do wyboru w wersji light oraz hard (czyli nocą). Nasze dzieci mają bardzo leniwych i starych rodziców, więc wybieramy opcję dla leniuchów. Do kajaków wsiadamy w Niemirowie i w ciągu dwóch godzin docieramy do Serpelic. Powiedzieć, że nasze dzieci nie są entuzjastami spływów, to mało. Niemniej dwie godzinki każdy wytrzyma, tym bardziej, iż nurt rzeki niesie tak przyjemnie, że jak się uprzeć, to wcale nie trzeba wiosłować (w przeciwnym razie pewnie nigdy byśmy nie dotarli). Rzeka szeroka, bez żadnych przeszkód, za to z pięknymi widokami, mnóstwem ptaków, a nawet krowami i końmi brodzącymi po brzegu. Tę samą trasę przepływamy również małym turystycznym stateczkiem- i właściwie nie wiadomo do końca, która wersja przyjemniejsza, ale każda ma swój niepowtarzalny klimat.

IMG_7869

IMG_73781

  • Białowieski Park Narodowy to oczywiście punkt honoru podczas pobytu na wschodnich rubieżach. Przyjemnie zaskakuje Muzeum Przyrodniczo- Leśne. Zbiory przedstawione w cyklu dioram, przedstawione w blokach tematycznych prowadzą w naturalny sposób przez najważniejsze tematy związane z lasem. Aby się nie rozpraszać, podświetlone jest tylko miejsce, gdzie się znajdujemy, a reszta tonie w mroku. Aby zaś przewodnik się nie zagalopował, po określonym czasie światło powoli gaśnie- nie ma więc mowy o godzinnym słuchaniu natchnionego opowiadacza, co się czasem w muzeach zdarza. Wycieczka po samym rezerwacie, aby miała większy sens, powinna pewnie trwać z pięć godzin, a nie trzy, niemniej jednak przechodzimy dzielnie trasę, zaliczając potężne oberwanie chmury i wysłuchując opowieści pani przewodnik. Niestety, jak łatwo się domyśleć, żadne żubry nie wychodzą nam na spotkanie, więc aby je pooglądać, musimy przejechać do Rezerwatu Pokazowego. Tu jednak z kolei większą atrakcją są sarenki, gdyż te, w przeciwieństwie do żubrów, chętnie jedzą z ręki.

 

 

  • Park linowy w Serpelicach nie był co prawda w planach, ale że codziennie koło niego przejeżdżamy, więc dlaczegóż nie skorzystać? Nowo oddany, ludzi niewielu i, co ważne, z łatwą trasą dla Tosi. Zwykle łatwa oznacza tyle, co osłonięta ze wszystkich stron siatką. Tutaj pomysł o niebo lepszy- zwykła trasa, z przeszkodami takimi samymi, jak duża- ale po prostu rozwieszona nisko nad ziemią.

 

  • Na Grabarkę bardzo czekałam, bo pamiętam, jak duże wrażenie wywarła na mnie, gdy byłam tu jako dziecko. I choć, co oczywiste, teraz wydaje mi się mniejsza, to fascynuje nadal. Tu świat nieco cichnie, mocno zwalnia, skłania do modlitwy- lub podumania. Niedaleko cerkwi już początki święta i kolorowe stragany. Nie ma, jak u nas, tysiąca rodzajów odpustowych cukierków, są za to maści na wszelkie dolegliwości (kupujemy, a jakże), a także warsztaty robienia ozdób ze słomy – dzieci wniebowzięte i nawet ładnie im wychodzi.

IMG_7498

IMG_7504

  • Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu nie powaliło nas na kolana. Skansen duży, eksponaty pewnie i ciekawe, ale pani przewodnik nie daje rady wciągnąć nas w temat. Tak to już jest, że muzeum trzeba albo skonstruować tak, by móc samodzielnie zwiedzać, otrzymując zadania, wskazówki, pomysły, albo tak, by przewodnik porwał w inny świat. Tu, niestety, zabrakło i jednego, i drugiego. Tyle naszego, że oglądamy największą kolekcję pisanek oraz prawdziwy bezoar (dotychczas Tadzio sądził, że istnieje tylko w Harrym Potterze)

 

  • świetnych przewodników ma za to stadnina koni w Janowie Podlaskim. Nikt z nas nie jeździ konno, a jednak podczas ponad dwóch godzin oglądania koni nie nudzimy się ani chwili. Pewnie gdybyśmy byli sami, przeszlibyśmy koło wybiegów, nie widząc specjalnie, na co zwrócić uwagę. Tymczasem pani przewodnik opowiada tak, jakby czytała książkę „sto pytań, na które nie znasz odpowiedzi”. Teraz już znamy :)

  • mamy ze sobą rowery, więc ciągnie nas do przetestowania Green Velo. Przejeżdżamy kilkadziesiąt zaledwie kilometrów, więc właściwie nie mamy się co jeszcze wypowiadać, niemniej jednak trasy nas nie zniechęcają. Wręcz przeciwnie- plany przejechania choć polowy szlaku nabierają konkretniejszych kształtów. Na razie pierwszy raz odbywamy przeprawę promową z rowerami.

    I to by było na tyle. Następnym razem wracamy tutaj w drodze z północy na południe kraju- na rowerach!

 

 

 

czwartek, 11 sierpnia 2016

 

W Warszawie jesteśmy przy okazji Tour de Pologne, ale to nie powód, by niczego nie zwiedzić :)

Tym razem rezygnujemy z :Łazienek, Belwederów i innych takich na rzecz czegoś całkiem nowego.

To Niewidzialna Wystawa, umiejscowiona w budynku Millenium Plaza. Pytamy dzieci, co one na taki pomysł.

  • To jest taka wystawa, której nie widać.

  • Nie, mamo, ale powiedz naprawdę.

  • No, naprawdę mówię, nic nie widać. Przez godzinę będziemy niewidomi.

  • No to chcemy iść!

No i super. Rezerwujemy bilety (wcale nie tak łatwo się dostać, większość godzin już porezerwowanych) i jedziemy. Najpierw atrakcją jest przeszklona winda. Cóż, troszkę jak dzieci z prowincji, a nie jak z dużego miasta, ale centrum jest praktycznie puste, więc możemy chwilę pojeździć w dół i w górę :)

Na wystawie trochę się obawiamy, czy Tosia da radę. „Zwiedzanie” trwa godzinę i naprawdę NIC nie widać, więc być może się wystraszy, sami organizatorzy sugerują wiek minimum 8 lat.

Na koniec zwiedzania przewodnik (niewidomy, a jakże) prosił, by nie mówić o szczegółach wystawy. Więc nie mówimy, ale:

  • Tosia się nie wystraszyła, choć na początku wszyscy mieliśmy mieszane odczucia, z nieuzasadnionym strachem włącznie

  • wrażenia są naprawdę niesamowite

  • z całą pewnością do tej pory świat niewidomych był dla nas całkowitą abstrakcją

  • po pobycie na wystawie na wiele spraw w życiu codziennym patrzymy inaczej

  • jak to cudownie, że jednak widzimy !

Z wystawy zdjęć nie mamy, z oczywistego względu- jest ona niewidzialna!

więcej o wystawie: http://niewidzialna.pl/

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9