Zakładki:
POLECAM!
Tagi
Blogi turystyczne Gdzie na Wakacje z dzieckiem?
Zakładki:
niedziela, 25 listopada 2018

 

W trakcie naszego rodzinnego przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego jednego dnia bawiliśmy się w: Marzę o... Obawiam się... Zasada jest prosta- trzeba po prostu dokończyć to zdanie.

Dzień był długi, więc i marzeń zostało wypowiedzianych co niemiara. Jedno z Jadzi pragnień: Napić się piwa kremowego.

Takie piwo można kupić- bagatela- 600 kilometrów od naszego domu. W krakowskim Dziórawym Kotle. Ale szalone akcje uwielbiamy!

Jest druga połowa wakacji. Tata już bez szans na urlop, ale reszta rodziny wciąż jeszcze ma wolne. Wsiadamy w popołudniowy pociąg i wieczorem jesteśmy w grodzie Kraka. Tym razem nawet nie spoglądamy w stronę Wawelu czy muzeów- poznajemy miasto z innej strony.

W oczekiwaniu na wizytę w magicznej kawiarni najpierw coś do jedzenia. Skoro Kraków, to oczywiście obwarzanki. Niedawno powstałe miejsce kusi intrygującą nazwą: Żywe Muzeum Obwarzanka. Byliśmy już w Żywym Muzeum Piernika, więc spodziewamy się czegoś podobnego. I nie jesteśmy zawiedzeni.IMG_8471

Najpierw krotka historia krakowskiej specjalności- skąd się wzięła nazwa, kiedy po raz pierwszy się nim zajadano i, oczywiście, z czego się go wyrabia. Do tego konkurs dla młodszych zwiedzających, by nie było nudno. Pytania dopasowane do wieku, więc wszyscy się cieszą, ze umieją już coś nowego, a i dla każdego znalazły się pamiątkowe nagrody. I druga część- praktyczna- robimy własne obwarzanki. Jednym idzie lepiej, drugim gorzej, ale w końcu wszyscy dają radę ulepić swoje drugie śniadanie. Uwaga dla współczesnych nastolatków: tu od razu widać, komu palce służą wyłącznie do głaskania smartfona :)

W końcu wychodzimy- każdy z prawdziwym obwarzankiem (teraz wiemy nawet, jak odróżnić taki prawdziwy, ręcznie robiony, od podrabianego, z maszyny). Super zabawa i nauka- a już w marcu czeka na nas muzeum poznańskich rogali! Może znacie jeszcze inne temu podobne miejsca, do których warto zajrzeć?

I w końcu docieramy do pretekstu do naszej wycieczki – do Dziórawego Kotła. Magiczna kawiarnia, usytuowana w podziemiach przy ulicy Grodzkiej kusi wszystkich wielbicieli Harrego Pottera. U nas w rodzinie mamy dwie takie sztuki, więc spędzamy tam całe popołudnie. Szukamy odpowiedniego stolika (przez chwile mam nawet wrażenie, że to najważniejsza chwila tutaj, a wybór stanowi o być albo nie być), zaglądamy do Jęczącej Marty, z daleka obchodzimy Dementora, przyglądamy się wszystkim pojawiającym się zjawom oraz oczywiście pijemy. Nie tylko piwo kremowe (które oczywiście nie jest napojem alkoholowym, tylko mlecznym)- symbol tego miejsca, ale też inne eliksiry, których nazw nie będziemy zdradzać, aby nie psuć zabawy tym, którzy tu nie byli, a się wybierają. Świetne miejsce z klimatem, w sam raz na duuuży podwieczorek! IMG_8483

IMG_84931

IMG_8487

Plan mamy zrealizowany, ale że tłuc się sześć godzin tylko po piwo kremowe to pomysł mało opłacalny, kolejny dzień spędzamy w Energylandii, czego opisywać chyba już dziś nikomu nie trzeba. Aczkolwiek gdyby ktoś pytał o wrażenia, to tak, chętnie przyjedziemy po raz kolejny.

Natomiast trzeci dzień to wizyta w Ogrodzie Doświadczeń Stanisława Lema. Autorska propozycja Jadzi, która miejsce znajduje, sprawdza godziny otwarcia, ceny i dojazd. Chyba się wprawia do bycia pilotem wycieczek, bo wszystko idzie idealnie. Niestety, nikt tu nie przewiduje zniżek dla posiadaczy karty dużej rodziny, ale może do następnego razu się poprawią. IMG_8504

Natomiast spędzamy prawie trzy godziny na praktycznej nauce fizyki. Każde doświadczenie (mechanika, optyka, magnetyzm) jest dokładnie opisane- zarówno to, co i jak trzeba robić, jak i czego to dowodzi. Tego drugiego nie zawsze, jak humanistka, rozumiałam- ale dzieci owszem. Może z wyjątkiem Tosi, ale i ona świetnie się bawiła, choć mniej naukowo. Do tego sporo muzyki (własnoręcznie i własnonożnie wykonywanej), ścieżka sensoryczna, zapachowa i labirynty. Przy ładnej pogodzie to idealne miejsce na wspólne harce i kapkę wiedzy przy okazji!IMG_8532

IMG_8517

IMG_8511

IMG_8509

IMG_8521

IMG_8495

IMG_8534

IMG_8514

IMG_8508

IMG_8530

IMG_8546

IMG_8539

Po trzech dniach wskakujemy do pociągu i wracamy nad morze. Ciekawi jesteśmy, dokąd nas zawieje w kolejną podróż....

 

sobota, 03 listopada 2018

Do wakacji już całkiem blisko, a my z naszymi wakacyjnymi planami jeszcze daleko w polu. Wyjazdy dzieci, porozrzucane po obydwu miesiącach nie pozwalają zaplanować długiej rodzinnej wyprawy- trasa wzdłuż Wisły chyba zaczeka na opcję : dziadkowie i wnuki zamiast: rodzice i dzieci...

Ale oto znajdujemy konkurs, który, jak się niedługo okaże, likwiduje wszystkie problemy. Portal Górski nagrodzi sprzętem turystycznym rodzinę, która zaproponuje ciekawą wyprawę. Siadamy przy komputerze i w wyniku wspólnej narady powstaje projekt: „Mały Szlak Beskidzki rodzinnie, czyli 137 kilometrów na szlaku”. Konkurs wygrywamy i w ten oto sposób pierwszy tydzień wakacji (ten jedyny z brzydką pogodą) spędzamy chodząc po górskich bezdrożach.

DZIEŃ PIERWSZY

Po wieczornym przyjeździe do Bieska- Białej, zanim jeszcze otwieramy oczy w hostelu, słyszymy cichutki, jednostajny szum, dochodzący zza okna. Lekka mżawka przesiąka przez mętnie spochmurniałe niebo. Jeszcze nie wiemy, że taki widok będzie nam towarzyszył o poranku właściwie przez cały tydzień w Beskidach. Powolutku się zatem zbieramy, mając nadzieję, że deszcz ustanie, zanim wyjdziemy na szlak- okazuje się bowiem, że 2/3 dzieci nie zabrało swoich kurtek przeciwdeszczowych. Rzecz jasna, jest niedziela, nieznane miasto- czyli bez szans na uratowanie sytuacji. Trudno, może będzie ładna pogoda :) Podobno najlepsza nauka to ta na własnych błędach.

Autobus linii 11 dowozi nas pod samiuteńki początek szlaku na Straconce- jeszcze tylko fotka na uroczyste rozpoczęcie wędrówki i, jeszcze nieco stremowani, ruszamy w trasę.IMG_7595

Każdy z nas niesie plecak z całym sprzętem na tydzień wędrowania (jedynie namioty lądują na plecach rodziców), nie jesteśmy więc pewni, czy nie przeholowaliśmy z ciężarem, tempem i dziennymi odległościami. Wiemy za to, że pierwszy dzień będzie poważnym sprawdzianem naszej kondycji i możliwości.IMG_75991

Dzisiejsza trasa jest typowa dla Beskidów- wędrujemy kamienistymi drogami, niemal cały czas po zalesionych grzbietach. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie to, że wraz z nami szlakiem postanowił pozachwycać się deszcz. Co pół godziny siąpi niemrawo, nie zalewając nas strugami wody, ale skutecznie uniemożliwiając zalegnięcie gdzieś na trawie. Wiaty żadnej na trasie nie stwierdzamy, więc cóż- trzeba być twardym i jakoś dotrzeć do schroniska PTTK na Hrobaczej Łące niemal bez przystanków.

Okrzykami radości witamy w końcu krzyż na szczycie i budynek schroniska nieco niżej. Zmęczenie już daje się we znaki, głód takoż, a i do toalety tęsknimy. Okazuje się jednak, że z tym ostatnim wcale nie tak łatwo- schronisko jest w remoncie, z kibelka korzystać nie wolno. No dobra, krzaków wokół dostatek. Kupujemy cegiełkę na odbudowę schroniska, mając nadzieję, że dzięki nam już niedlugo inni wędrowcy będą goszczeni w przyjaźniejszych warunkach. Tymczasem po rundce gry w statki (planszówek tu sporo, może mają pomagać w zapomnieniu o przyziemniejszych potrzebach) siadamy nad mapą i robimy pierwsze podsumowanie dzisiejszej trasy. Mieścimy się w założonym czasie, obiad w postaci lurowatej nieco zupy i ciut lepszych pierogów podbudowuje morale, a przed nami zejście do zapory w Porąbce. Powinniśmy dać radę.IMG_7604

Zostawiamy schronisko i próbujemy podziwiać widoki z platformy na szczycie. Plan szybko się jednak zamienia w zabawę: kto głębiej wpadnie między obluzowane deski. Całe szczęście, kolejny atak deszczu kończy niezbyt mądre zabawy młodszej części ekipy.IMG_76111

Wiemy, że zejście będzie długie i mozolne- ale nie spodziewamy się, że mokre kamienie obsuwające się po gliniastej mazi, przetykane gdzieniegdzie równie mokrymi korzeniami przemienią je w niekończąca się strefę łapania równowagi. Mięśnie nóg powoli odmawiają posłuszeństwa, a każdy modli się, żeby już iść pod górę. W końcu- wyłania się wytęskniony asfalt i zapora. Zalegamy na poboczu i czekamy na cud. Dowolny właściwie, ale najchętniej taki: wychodzi słońce i robi się przyjemnie, ciepło i sucho, lub też: pomyliliśmy się w obliczeniach i wcale nie musimy już dziś dalej wędrować, albo ewentualnie: za rogiem stoi knajpka z gorącą czekoladą i pysznym obiadem. Hmmm... żaden z cudów nie następuje i, choć jest już późne popołudnie, musimy dowlec się na górę Żar. Niestety, znajduje się w zasięgu wzroku- okropnie demotywujący widok kilkusetmetrowego mozolnego podejścia. Tylko po to, dodajmy, by ze szczytu starabanić się z powrotem do poziomu Jeziora Międzybrodzkiego. Takiej porcji pracy nad swoim charakterem dawno nie mieliśmy. Każdy krok to walka o przetrwanie. Nie ma słońca, więc robi się mocno szaro, a nam wydaje się, że nigdy nie dojdziemy. W dodatku nie mamy pojęcia, czy kolejka na dół będzie jeszcze działać o tej porze. Jeśli nie, to prawdopodobnie padniemy trupem już po pierwszym dniu wędrówki. Na to, że ktokolwiek z nas będzie w stanie zejść półtora kilometra na własnych nogach, zdecydowanie szans nie ma.IMG_76151

IMG_7613_cr1

Ktoś tam jednak u góry nad nami czuwa, bo okazuje się, że kolejka działa do 20ej (czyli mamy jeszcze całe pół godziny). Załapujemy się na przedostatni kurs, a pan w kasie troskliwie nam się przyglądając, sprzedaje wszystkim bilety ulgowe (prawdopodobnie stwierdza, że to wykluczone, abyśmy byli normalni).IMG_76232

Ledwo żywi, docieramy do pola namiotowego na jeziorem. Pewnie gdyby to było prawdziwe, a nie nasze wakacyjne lato, moglibyśmy się wykąpać. Tymczasem w ultraszybkim tempie rozkładamy oba namioty, by po chwili usłyszeć pierwsze krople deszczu bębniące o dach.... IMG_7627

 

DZIEŃ DRUGI

Rankiem drugiego dnia wyprawy budzi nas ten sam, co wczoraj, niemiły odgłos. Uwielbiamy dźwięk dudnienia deszczu o namiot wieczorem, gdy chowamy się do ciepłych śpiworów, ale stanowczo nie wtedy, gdy akurat powinniśmy wstawać....

Z drugiej strony- wczorajszy dzień mocno dał nam w kość, więc dziś po prostu musimy dać sobie trochę luzu. Koło dziewiątej deszcz w końcu ustaje, możemy więc szybko wysuszyć namioty i zjeść śniadanie.

Aby jakoś odżyć po wczorajszej wspinaczce, proponujemy zacząć dzień od położonego tuż przy dolnej stacji kolejki na Żar parku linowego. Na górze skorzystamy z wypożyczalni terenowych hulajnóg górskich, a później, już zrelaksowani i pozytywnie naładowani, ruszymy pieszo wcześniej ustaloną trasą.

Zatem plecaki na plecy i ruszamy do Trollandii. Trochę się obawiamy, że po całonocnych opadach może być zamknięta, ale na szczęście godzina bez deszczu wystarczyła i park działa.

Jadzia i Tadzio przechodzą wszystkie trzy trasy (z wyjątkiem tyrolkowej), najmłodszej Tosi do szczęścia wystarczają dwie niższe.

Wiadomo- wystarczy być choć raz w parku linowym, by wiedzieć, jak on wygląda. Deski umocowane na linach w poziomie, pionie lub ukośne belki, w mniejszych lub większych odległościach od siebie. Trudniejsze trasy od łatwiejszych różni zazwyczaj przede wszystkim wysokość nad ziemią. Nasze dwie nastolatkowe sztuki uwielbiają tę formę rozrywki, więc wiedzą, czego się spodziewać. A jednak, po wizycie w tym miejscu opowiadają wrażenia jeszcze przez kilka godzin. Jadzia z żalem stwierdza, że „teraz inne parki nie będą się jej już tak podobać”...IMG_7715

IMG_7694

IMG_7719

Dlaczego? Bo mnóstwo tu niekonwencjonalnych rozwiązań: zamiast po deskach, przechodzi się po dużych stołach i krzesłach. Jak Spiderman przesuwa się po ścianach domu, łapiąc dla równowagi za framugi okien. Przechodzi przez zawieszony między drzewami najprawdziwszy samochód. Zjeżdża na zjeżdżalniach jak na placu zabaw. Tyrolka ok- ale trzymać się trzeba trójkąta gimnastycznego. Albo przejeżdża na sankach (!) lub na metalowym krzesełku. Nie sposób tu popaść w rutynę!IMG_7701

Dlatego po chwili (tak nam się przynajmniej wydaje) orientujemy się, że właśnie minęło południe, a my... jeszcze nie na szlaku. Trzeba było zaplanować sobie dzień więcej, ale skoro go nie mamy, z żalem opuszczamy Trollandię i ruszamy dalej.

Po relaksie w parku linowym wracamy kolejką na górę Żar, na opuszczony na noc czerwony szlak. Mamy zamiar przejechać się jeszcze monsterrollerami- dużymi, terenowymi hulajnogami, ale niestety są dziś nieczynne. Choć może i stety, mówimy, patrząc na zegarek. Jakoś nikt z nas nie pomyślał, że skoro park otwiera się o 10tej, a czas tam gna jak szalony i godziny mijają niepostrzeżenie, to z powrotem na trasie znajdziemy się o... trzynastej. Trasa, rozpisana w domu „na sucho”, tylko z mapą w ręku zakładała oczywiście wyjścia poranne. Jednym słowem: jesteśmy do tyłu o jakieś 3 godziny. Mimo to nie tracimy humorów- idziemy na wędrówkę, a nie na wyścig. Dlatego pół godziny później dajemy się zatrzymać polom jagodowym :)IMG_7738

Po jakimś czasie dochodzimy na Kiczerę, gdzie stoi piękna wiata, z gratisowym dodatkiem w postaci miejsca na ognisko i pięknego widoku. Szkoda, że takiego miejsca nie znaleźliśmy wczoraj...

Tymczasem wędrujemy niespiesznie, grając do upadłego w grę „20 pytań” (chyba najtrudniejsze nasze hasło w wielkim skrócie: żyje, mamy to w domu, nie służy do niczego, nie kupuje się tego, ale kosztuje. Co to? Odpowiedź: dziecko). Mijamy oznaczony na mapie kamienny szałas. Wybitna osobliwość etnograficzna prezentuje się bardzo skromnie- dużo gorzej niż na zdjęciach w internecie. IMG_7743

I oto, całkiem nieoczekiwanie, po kolejnym leśnym zakręcie wychodzimy wprost na... hotel. Wydawałoby się- środek lasu, zwykła kamienista droga, szlak na drzewach, a to nagle staje przed nami ośrodek „Kocierz”. Utrzymany w góralskim stylu, niby wpasowujący się w otoczenie, ale i tak nas zadziwia rozmachem, pojawiając się znikąd pośrodku lasu. Nie marudzimy jednak, tylko wchodzimy do restauracji. Siadamy wygodnie i dajemy się obsłużyć obiadem. I choć, owszem, mamy wciąż w głowie obraz turysty żywiącego się wyłącznie zupkami w proszku i chlebem z konserwą turystyczną, to jednak prawdziwy, smaczny obiad bez schodzenia ze szlaku ma swoje niepodważalne zalety. Tym bardziej, że choć hotel luksusowy, to za niewyszukane dania i zupy płacimy dokładnie 106 zł i cała nasza piątka jest najedzona do syta. Planując trasę zakładaliśmy typowy górski skwar i wtedy wizja kąpieli w aquaparku przy hotelu wydawała nam się rewelacją. Tymczasem na zamknięty z powodu pogody basen spoglądamy bez zbytniego zainteresowania, ubrani w polary i kurtki.

Pod wieczór dochodzimy do Potrójnej. Rzut oka na mapę- do pierwotnie planowanego noclegu na Leskowcu zostały co najmniej trzy godziny- nie ma najmniejszych szans na dojście tam dzisiaj. Schodzimy zatem do chatki pod Potrójną i pytamy o nocleg. Jak się można było spodziewać, jesteśmy jedynymi turystami, więc właściciel oferuje łóżka w domu lub namiot. Dzieci bez zastanowienia i jednomyślnie (!) wybierają własny dach :) Ale przynajmniej jemy kolację w suchej, ciepłej kuchni. IMG_7757

IMG_7750

I tak oto, przy odgłosach z kurnika obok, kończymy drugi dzień tradycyjnie usypiając przy szumie kropel deszczu....

 

DZIEŃ TRZECI

 

Kiedy trzeciego dnia budzi nas odgłos beznamiętnie siąpiącego deszczu, już nie jesteśmy nawet zdziwieni. Widocznie tak musi być, abyśmy się nie rozleniwili. Tym razem pada na tyle długo, że namioty pakujemy jeszcze mocno wilgotne.

Dzisiaj ostatni dzień w Beskidzie Małym- po południu powinniśmy przejść w Makowski. Pakujemy się więc raz-dwa i ruszamy w trasę. Deszcz co prawda ustaje, ale wokół i tak wszystko mokre. A tak niedawno wszyscy narzekali na susze.... Po drodze na Leskowiec spodziewamy się co najmniej kilku miejsc z pięknymi panoramami, ale chyba oznaczenia na mapie pochodzą z czasów, gdy drzewa jeszcze nie przesłaniały wszystkich widoków. Również dumnie brzmiąca nazwa „Wędrujące Kamienie” sugeruje skałki, ale gdyby nie wnikliwa obserwacja, pewnie byśmy ich nawet nie dostrzegli. Wobec tego wędrując grzbietem przestajemy skupiać się na okolicy, a bardziej zajmujemy się sobą. W pędzie dnia podczas roku szkolnego tak mało jest czasu na rozmowę, że tematy nie kończą się przez kilka godzin. Nie przerywają nam dźwięki telefonów ani powiadomienia z internetu. A nawet inni turyści- tych, podobnie jak w poprzednich dniach, po prostu nie ma na szlaku. W końcu docieramy na szczyt Leskowca.

Takie miejsca dużo bardziej niż leśne ścieżki kojarzą nam się z Beskidami. Cisza, spokój, wysokie trawy, a w tle kolejne górskie pasma, ciągnące się po horyzont. Idealne miejsce na rodzinną fotkę, których zawsze za mało. Zalegamy na trawie (dobrze, że zdążyła już wyschnąć!) i delektujemy się trwającą chwilą.IMG_7769

Na krótki odpoczynek zatrzymujemy się też w niedalekim schronisku na Leskowcu. To tu mieliśmy dziś nocować, a tymczasem nadeszło południe- mamy praktycznie pól dnia straty w stosunku do planów. Powoli dociera do nas, że najprawdopodobniej nie damy rady ukończyć wyzwania. Zabraknie nam pewnie kilku godzin- pytanie, czy to umniejszy wartość wyprawy? Czy celem jest przejście całego szlaku i tylko wtedy będziemy zadowoleni, czy satysfakcję da nam sam tydzień wędrówki? IMG_77731

Zejście do Krzeszowa okazuje się łagodne, więc trzymamy wyznaczony przez tabliczki czas i rozglądamy się za czymś, co mapa oznaczyła za pomocą dającego nadzieję znaku z filiżanką. Może to być zarówno buda z piwem, jak i wytworna restauracja. Ku naszej uciesze okazuje się być… pizzerią. Tego nam właśnie było trzeba!- zamawiamy cztery, ale już po odebraniu pierwszej widzimy, że mocno zaszarżowaliśmy. Właściwie na tej jednej mogliśmy spokojnie poprzestać, ale drugą wpychamy w siebie z rozpędu. Natomiast dwie pozostałe zawijamy w folię- będą na kolację. Trzeba będzie pamiętać, że 42 cm to nie chwyt reklamowy, ale rzeczywista wielkość placka :)

Tymczasem zbieramy siłę na podejście pod Żurawnicę. Do dzisiaj nikt z nas nawet nie słyszał o takiej nazwie, tymczasem powinno się przed nią ostrzegać wszystkich idących tym szlakiem! Widzieliśmy co prawda na mapie to przedziwne zagęszczenie poziomic, ale nie spodziewaliśmy się aż tak stromego podejścia. Tutaj nie mamy pojęcia, w jaki sposób można MSB pokonać rowerem. Najlepiej byłoby zamontować drabinę- byłaby tu praktycznie postawiona pionowo. To chyba na szybkie spalenie zjedzonej przez chwila pizzy... dodrze, że choć Kozie Skały wyglądają tu dużo okazalej i można nacieszyć oko.IMG_77871

IMG_7785

Porządnie zmęczeni kierujemy się do Zembrzyc. To zejście mocno nam daje w kość, zbliża się wieczór, ale cieszy nas wizja rozstawienia namiotu i odpoczynku nad rzeką. Ostatnie kilometry to niestety asfalt i ten nieźle daje nam popalić. Dzieci nie marudzą, ale po ich kroku widzimy, że mają odbite stopy. Napotkaną osobę pytamy o pole namiotowe, ale chyba byłaby mniej zdziwiona, gdybyśmy zapytali o lądowisko dla helikopterów. Nie ma i nigdy nie było, dowiadujemy się. Uważniej analizujemy mapę- namiocik oznaczający pole namiotowe uśmiecha się do nas zalotnie. Chyba wydawnictwo Compass postawiło to oznaczenie dla zabawy. Sfrustrowani, od kilku kolejnych osób- w tym księdza zembrzyckiej parafii- dowiadujemy się, że najlepiej podejść do ośrodka rekolekcyjnego. To akurat po drodze, tuż przy szlaku. Idealnie, myślimy, przekraczając bramę w wielkim napisem Totus Tuus. Nawet, jeśli nie będzie miejsca w żadnym z budynków, wokół jest wielki teren z równym trawnikiem- bez problemu przycupniemy gdzieś z namiotem. Wita nas sympatyczna, młoda pani. Przedstawiamy naszą prośbę, ale pani kategorycznie stwierdza, że mają wszystkie miejsca zajęte. Rozumiemy, więc tłumaczymy, że potrzebujemy jedynie skrawka trawnika gdzieś w rogu. Pani odmawia znowu. Z niedowierzaniem tłumaczymy, że jest wpół do dziewiątej, mocno szaro, a my z dziećmi... rano zbierzemy się, zanim ktokolwiek wstanie. Pani dzwoni do księdza dyrektora po opinię. Słyszymy przez otwarte drzwi rozmowę, ale dowiadujemy się, że ksiądz nie odbiera, a oni „nie praktykują” takich noclegów.

Cóż, są niepraktukujący, wzdychamy, patrząc na Karola Wojtyłę, zapalonego turystę, którego imię nosi to miejsce.....

Od dwunastu godzin w trasie, postanawiamy znaleźć pierwsze lepsze pole, nieważne, czyje- i tam się rozbić. Kwadrans później, już niemal na czworakach, doczłapujemy się po takiego miejsca. Umykają przed nami zające- wieczór już w pełni. W domu na skraju widzimy jednak kogoś, więc dla przyzwoitości wolimy zapytać o zgodę na rozbicie namiotu. Młody mężczyzna zgadza się ochoczo, ale daje i lepszą propozycję- oto ma dom w stanie surowym- idealny dla nas. W jednym z pokoi ma już wstawione okna i tu z chęcią nas przyjmie. Zanim wyjmiemy śpiwory i, dla ochrony przed chłodem i komarami, rozbijamy sypialnię od namiotu, przybiega z gorącą herbatą, sokami, drożdżówkami i innymi specjałami, równocześnie zapraszając do skorzystania z łazienki we własnym domu.

Jak to dobrze, że są wokół ludzie, którzy praktykują :) Pakując się do śpiworów, dzieci odkrywają przedziwne podobieństwo naszej sytuacji do przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie....IMG_77921

 

DZIEŃ CZWARTY

W zasadzie tego można się było spodziewać- skoro mamy po raz pierwszy dach nad głową (tzn nad namiotami), to będzie to właśnie tej, pierwszej, BEZDESZCZOWEJ nocy :) Nie, żebyśmy narzekali na ten brak opadów, ale tacy byliśmy wieczorem dumni, że je przechytrzyliśmy....

Przynajmniej namioty zdążyły przeschnąć co nieco przez noc i możemy spokojnie się spakować, nie patrząc z niepokojem w niebo.

Idziemy pożegnać się do naszego gospodarza- uparcie próbujemy odwdzięczyć się za okazaną pomoc, ale nie trzeba chyba mówić, że nie przyjął od nas ani grosza. Pozostaliśmy więc z naszą wdzięcznością- oraz wiktuałami na drogę. Dzieciakom najbardziej przypadła do gustu wielka paczka chipsów, które zajadamy na pierwszym odpoczynku. Taki typowy prowiant dla turysty górskiego :)IMG_7796

Wędrujemy niespiesznie lasem, wciąż wspominając emocje dnia wczorajszego. Na górze Chełm przystajemy przy kapliczce św. Onufrego. Według opisu starzec zapewnia podróżnym powodzenie i szczęśliwą wędrówkę. To się świetnie składa, gdyż takie akurat mamy potrzeby. Polecamy się zatem jego opiece i ruszamy dalej. Ciekawe, że właśnie na tej, zupełnie nieatrakcyjnej widokowo ani turystycznie górze spotykamy jedynych turystów rodzinnych- tatę z córką.IMG_7797

Pogoda wciąż nie zachwyca, raz po raz przechodzi fala mżawki, ale mamy delikatną nadzieję, że w Palczy, przez którą przechodzimy, uda się zjeść coś ciepłego. No tak, „nadzieja umiera ostatnia”, myślimy po południu, kiedy wiemy już na pewno, że w okolicy nie możemy liczyć na najlichszy nawet obiad. Wobec tego odbijamy tylko do sklepu, by uzupełnić zapasy i rozpoczynamy kolejne podejście. To chyba to, co męczy najbardziej na tym szlaku- każdego dnia co najmniej dwukrotnie schodzimy do poziomu miejscowości, by zaraz wspinać się na kolejne szczyty. O ileż milej wchodzi się raz, a potem tylko wędruje grzbietem....IMG_7800

Przerwy w deszczu są coraz krótsze i w końcu postanawiamy kolejny atak mżawki przeczekać pod drzewami na „obiedzie”. Może to zbyt szumna nazwa dla porcji zupek chińskich, ale przynajmniej jest to coś ciepłego i głód już tak nie dokucza. Posiłek na spróchniałej desce na drodze nie należy do najwygodniejszych- z pewnością, gdyby mapa lub jakiekolwiek oznaczenie na trasie poinformowało nas, że za godzinkę napotkamy zadaszoną wiatę, zaczekalibyśmy z gotowaniem jeszcze trochę. Tak, stanowczo nowo zakupiona mapa nadaje się jedynie na śmietnik.IMG_7805

IMG_78081

Uważnie przyglądamy się wiacie- gdyby miała podłogę, moglibyśmy w niej przenocować, ale zostało z niej tylko kilka desek- nie damy rady. Jest dopiero szesnasta, więc decydujemy się spróbować dotrzeć na Trzebuńską Górę- podobno można się tam spodziewać punktu widokowego, co z kolei daje nadzieję na miejsce do rozbicia namiotu. Rodzinne obserwacje nieba nie dają jednoznacznych wyników co do pogody w ciągu najbliższych godzin, więc liczymy na szczęście i opiekę świętego Onufrego.

Całkiem niedługo dociera do nas, jak płonne to były nadzieje. Najpierw mżawka zamienia się w deszcz, ten z kolei po chwili przekształca się w ulewę. Ulewa ustępuje oberwaniu chmury. Właściwie brakuje tylko burzy z piorunami- choć może wówczas nie byłoby tak okrutnie ciemno. Przestajemy omijać kałuże- po pierwsze dlatego, że w butach i tak już chlupie- leje się do nich z góry i żadna membrana tu nie pomoże, po drugie dlatego, że woda rozlewa się na całej szerokości drogi. Środkiem płynie rzeka – idziemy teraz wolniej, bo zupełnie nie widać, co mamy pod nogami- gdzie zapadniemy się po kolana, a gdzie noga ześlizgnie się po kamieniach. Ześlizguje się zresztą kilkukrotnie- Tosia leży jak długa, ociekając błotem. Byłoby to nawet i wesołe, gdyby nie świadomość, że w plecakach też pewnie nie jest sucho, a przed nami żadnych widoków na nocleg. Przytulamy się do kapliczki św. Huberta (swoją drogą, dlaczegóż przy tych kapliczkach nie można zrobić małego dachu dla turystów?) przeczekujemy prawdziwą ścianę deszczu. Widoczności jest może na dwa metry, a my czujemy się, jakby nam ktoś wylewał wiadra wody wprost na głowę. Najchętniej rozbilibyśmy namioty tutaj, ale wiemy, że to bez szans- gdy tylko wyjmiemy je z plecaków, będą pływały po kilkunastu sekundach.

Gdy tylko ulewa zelżeje choć ciut- idziemy dalej. Na Trzebuńskiej Górze spotykamy zabudowania- w pierwszym mili panowie zagadują raźnie: Ależ była ulewa, co?! Rozmowa toczy się wartko do chwili, kiedy okazuje się, że potrzebujemy noclegu. Panowie akurat niestety mają milion ważnych spraw do załatwienia i muszą pędzić. Następny domek zamknięty (to teraz norma, że wzdłuż szlaku stoją domy na weekendowe pobyty właścicieli, większość czasu zamknięte). I wreszcie trzeci- a w nim para staruszków. W pierwszej chwili odmawiają, a nam staje przed oczami wczorajszy „Totus tuus”. Ale jednak, od słowa do słowa, dziadkowie zapraszają do stodoły. Od razu zastrzegają, że siana właściwie nie ma- w tym roku kończą pracę na gospodarstwie. To również standard na wsiach- młodzi wyjeżdżają, a starsi... są za starzy. Dla nas jednak ma znaczenie tylko to, że jest tu sucho i ciepło. Rozwieszamy ociekające woda i błotem ubrania. Pani zaprasza do kuchni. Och, jak przytulnie! Poznajemy wnuki, które przyjechały na wakacje- jest tu tak mało miejsca, że śpią na materacach na podłodze. W składziku zamknięty pies- inaczej broniłby przez obcymi (czyli nami) obejścia przez całą noc i pewnie nikt nie zmrużyłby oka. Nasze dzieci nie mogą się nadziwić, że podczas niedawnej suszy w kranie nie było wody („Ale jak to? Odkręcasz kran, a tam nic nie leci?”), a toaleta to po prostu wychodek na zewnątrz budynku. Im, całe życie mieszkającym w dużym mieście, w taką rzeczywistość trudno uwierzyć.

Po raz kolejny okazuje się, że im mniej się posiada, tym chętniej się tym dzieli. Pani prosi tylko po wielokroć, abyśmy na pewno nie używali zapałek, czego przyrzekamy nie czynić i już możemy wsunąć się do śpiworów. Owinięte w foliowe torby, przetrwały nawałnicę w świetnym stanie.

Tym razem deszcz nie usypia nas plumkaniem, tylko wali w dach stodoły, jakby chciał się do nas przebić... Nie, to stanowczo nie jest łatwa wędrówka.IMG_7815

 

DZIEŃ PIĄTY

Jeszcze wieczorem, planując dzisiejszy dzień, ustalamy, że oto właśnie mamy szansę „dogonić czas”, czyli z powrotem wpiąć się w planowany przed wyprawą terminarz. Właściwie troszkę nie mamy innego wyjścia- jeśli nie dojdziemy do schroniska PTTK na Kudłaczach, to nie mamy innego wariantu noclegowego.

Rano wzmacniamy się w naszym postanowieniu- pogoda ustabilizowała się na poziomie: mokra mgła- zero widoczności- wilgoć absolutna. Ledwo znajdujemy drogę do wychodka. Oczywiście, nic z przemoczonych wczoraj rzeczy nie wyschło ani trochę, ale nie mamy wyboru. Wkładamy zawilgłe ubrania, zostajemy poczęstowani wyborną, z sercem robioną konfiturą z wiśni, żegnamy się z gospodarzami i ruszamy. Pogoda jest niedopuszczalnie obrzydliwa, ale humory dopisują pomimo to. Strumyczki zostawiają na swoich meandrach kopce piany (nie wnikamy, czy pochodzenia naturalnego, czy niekoniecznie) – świetny przyrząd do zabawy. I nikt nie ma pretensji, że coś się pochlapie czy zaplami, jak w domu. Wypas!IMG_7824

IMG_7816

Brodząc w błocie, nie widząc zbyt wiele, schodzimy do Myślenic, układając wymyślne menu obiadowe, które mamy zamiar urzeczywistnić w jakiejś jadłodajni. Ubłoceni do granic możliwości, nijak nie pasujemy do cywilizacji. Gdybyśmy się tym przejmowali, musielibyśmy chyłkiem- milczkiem przemknąć na drugi jej koniec i czym prędzej zniknąć w gęstwinie lasu. Nie ma takiej możliwości, bowiem dajemy radę być brudnymi i przemoczonymi, ale na dodatek jeszcze głodnymi- zdecydowanie nie. Całe szczęście, od razu na rogu rynku znajdujemy bar mleczny. Nie obsługują tylko klientów pod wpływem alkoholu, o brudnych nic nie piszą, więc wchodzimy i wykupujemy wszystko to, o czym marzyliśmy od rana. Pani w barze patrzy z niedowierzaniem na kolejne zamawiane przez nas dokładki :) Wyglądamy smętnie za okno na kolejną falę deszczu i wiemy, że musimy mieć dużo wewnętrznego optymizmu, aby się dziś nie załamać.

W Myślenicach rozglądamy się za jakimś drogowskazem informującym o czasie dojścia do schroniska. O dziwo, nigdzie takowego nie znajdujemy. Chyba nikt nie chce dołować potencjalnych turystów.... pozostaje wierzyć mapie, która mówi o czterech godzinach marszu.

Tak... jeśli kiedyś w życiu będzie nam źle, a jakieś postawione przez nami zadanie wydawać się będzie nie do wykonania, wtedy wspomnimy właśnie to popołudnie i od razu zrobi się lżej! Mozolne, niekończące się podejście, noga za nogą, godzina za godziną. Wszystko ociekające wodą, my ociekający potem. Ciemno i smętnie. Nie poddaliśmy się chyba wyłącznie dlatego, że nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko dotrzeć na nocleg. Każdy patrzy pod nogi, bo i tak widoków wokół żadnych. I całe szczęście, bo dzięki temu zauważamy salamandrę plamistą. Wydaje się nie przejmować aurą, więc i nam jakoś optymistyczniej. Po chwili z góry z dziką prędkością nadjeżdża na rowerze jakiś miłośnik downhillu- umykamy w ostatniej chwili odnotowując jednak fakt, iż są jeszcze bardziej rąbnięci ludzie niż my. Trwają zakłady, ilu turystów spotkamy na Kudłaczach- kto wygrywa, dostaje gorącą czekoladę.IMG_7837

I w końcu docieramy. Turniej wygrywa mama: turystów (oczywiście) jest tu zero. Jeśli komuś tłoczno w Tatrach, to zapraszamy tutaj. Za to gospodarze sympatyczni, częstują nas świeżutkim mlekiem z wieczornego udoju. Prawdopodobnie ratują nam tym życie :) Troszkę psioczą, że nie uprzedziliśmy wcześniej, że będziemy- włączyliby ogrzewanie. Szczerze mówiąc, jest nam już absolutnie wszystko jedno. Stopy, po całym dniu chodzenia w mokrych butach są odbite maksymalnie, skóra schodzi- dobrze, że inwentaryzujemy tylko dwie rany . Jak na dziesięć stóp, nie jest źle.

Nie możemy uwierzyć, że leżymy w ciepłych, suchych łóżkach, że jednak dotarliśmy. Nasze małe zwycięstwo!IMG_78421

 

DZIEŃ SZÓSTY

Rankiem rzut oka na okno i … nieśmiertelny deszcz- teraz jeszcze w pakiecie z mgłą. Przywykliśmy, więc tylko wzruszamy ramionami, wkładamy buty, z których może i już się nie leje, ale do suchych im jeszcze daleko i rozpoczynamy kolejny dzień. Mimo rozpaczliwej pogody powodów do radości mamy sporo. Po pierwsze i najważniejsze- dogoniliśmy plan. Według zamierzeń dziś mieliśmy spać na Kudłaczach i to się udaje. Widmo niekończenia trasy zostaje, przynajmniej chwilowo, zostaje oddalone. Po drugie- dziś przechodzimy w Beskid Wyspowy, ostatni etap wędrówki. Kto by się w takiej sytuacji martwił jakimś deszczykiem?IMG_7846

IMG_7849

Mgła, widać zdegustowana naszym brakiem dla niej zainteresowania, udaje się w sobie znanym kierunku, deszcz również zamiera i oto przy Lubomirze po raz pierwszy od długiego czasu rozkoszujemy się widokami. Jakże mało potrzeba człowiekowi do szczęścia! Do obserwatorium astronomicznego nie zaglądamy (musielibyśmy czekać godzinę na projekcję), za to zatrzymują nas tablice ustawione wzdłuż szlaku. Ciekawostki o niebie i kosmosie, podane w strawny dla laików sposób, zaciekawiają i młodszych, i starszych. Ale dziś nam się nigdzie nie spieszy- koniec dnia planujemy w Kasinie, a skoro pogoda chwilowo nie pogania, to po dowiedzeniu się wszystkiego na temat pulsarów.... robimy odpoczynek w maliniaku. Słodkie owoce są stokroć lepsze od zupek chińskich :)IMG_7854

IMG_7876

IMG_7868

W końcu wychodzimy na asfalt, a tuż przy nim z ulgą spoglądamy na tablicę z napisem: Kasina Wielka. Po pierwszej fali entuzjazmu nadchodzi małe rozgoryczenie- szlak zamierza poprowadzić nas przez jeszcze kilka nic nie znaczących górek. Cóż- chyba tylko po to, by gdzieś wyrobić te 137 kilometrów- walorów krajoznawczych trudno się tu doszukiwać. Obchodzimy zatem całą miejscowość dookoła, tęsknie spoglądając w kierunku zabudowań. Nasza silna wola zostaje wystawiona na próbę- najchętniej skrócilibyśmy sobie drogę, odpuszczając rundę wokół Kasiny. W centrum, ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że nie ma tu żadnej restauracji ani baru. W ostatniej chwili uciekamy przed goniącą nas burzą i bez problemu znajdujemy nocleg w pierwszej z brzegu agroturystyce. Czujemy się zupełnie nie jak w górach, zajadając pizzę „na dowóz” i śpiąc w pościeli...

DZIEŃ SIÓDMY

Ze wsi udaje nam się wyjść dopiero, gdy nasza "psia mama" pożegna się ze wszystkimi okolicznymi psiakami...IMG_7880

Po wieczornych deszczach nie ma już śladu, ale cieszymy się, że nie zdecydowaliśmy się na późną wędrówkę na szczyt Lubogoszcza. Po pierwsze- zostalibyśmy bez ciepłego posiłku, po drugie- doszlibyśmy cali mokrzy, a po trzecie, co uświadamiany sobie dopiero na podejściu- droga zajęłaby nam dużo więcej czasu, niż wynikałoby to z mapy. Podejście na szczyt niby krótkie, ale daje w kość... czujemy się, jakbyśmy szli po schodach- właściwie wygodniej byłoby czasami podpierać się rękoma. Nie wiem, czy wieczorem dalibyśmy (psychicznie) radę, ale teraz, wypoczęci i wyspani, wchodzimy raz-dwa. Na szczycie spotykamy jednego z tak tutaj nielicznych turystów, dzięki czemu zostajemy posiadaczami wspólnego zdjęcia całej rodziny- to pamiątka na wagę złota!IMG_7892

Po krótkim popasie wchodzimy w nasz stały rytm wędrówki- wspinamy się wszakże tylko po to, by zaraz tracić całą zdobyta wysokość.... już się nawet przyzwyczailiśmy, a tym razem schodzimy do Mszany, gdzie mamy nadzieję na jakiś smaczny obiad. Zejście wcale nie jest tak proste, jak zakładaliśmy- czujemy się trochę, jak na imprezie na orientację. Albo brak oznakowania, albo znaki są, ale drogi już nie:

 

A tak wygląda z bliska „droga”....:

W końcu jest- Mszana. Okazuje się być mniej „turystyczna”, niż przewidywaliśmy. Na tyle mniej, że żadna z zapytanych osób nie potrafi wskazać baru czy restauracji. Ta przy dworcu właśnie w remoncie, a innej tu raczej nie ma....- dowiadujemy się po raz kolejny. Bliscy spożycia na obiad suchego prowiantu dostajemy jednak namiar na „taką jedną restaurację, co być może jest czynna”. Nadzieja umiera ostatnia- myślimy i ruszamy na poszukiwania. Rzeczywiście, znajdujemy jakiś szyld, ale wnętrze nie wygląda, jakby cokolwiek tu działało, o tak:IMG_7907

Mimo wszystko zaglądamy dalej i oto naszym oczom ukazuje się ukryta sprytnie przesympatyczna restauracja, pełna pysznych potraw. Ruch znikomy, bo nikt nie podejrzewa jej istnienia :)IMG_7905

Najedzeni, pełni najlepszych chęci, wyruszamy na ostatnie już podejście- na Luboń. Najpierw kluczymy polami, łąkami, po raz ostatni popatrując na otaczające nas wioski, aż w końcu rozpoczynamy podejście szczytowe.IMG_7912

IMG_7922

Do schroniska prowadzą różne szlaki, ale oczywiście nasz prowadzi tą najbardziej stromą drogą. Uczucia się kłębią- za nami niemal tydzień naprawdę męczącej wędrówki, a już za chwilę jej zwieńczenie. Trwają pertraktacje, kto będzie pierwszy, aż w końcu decydujemy się na wspólne, w jednym momencie zakończenie wyprawy.

Niewyobrażalne, ile może dać radości, satysfakcji i dumy moment, w którym dotykamy zwykłego, namalowanego na murze schroniska znaczka...IMG_79281

 

Koniec. Daliśmy radę. Mimo chwil zwątpienia, odparzonych stóp, bólu mięśni, niemożliwego zmęczenia, momentów stresu- było warto. W zamian dostaliśmy potężną dawkę wspólnych emocji, magię czasu dla siebie nawzajem, raz po raz przekraczanie swoich barier... jesteśmy zupełnie gdzie indziej, niż tydzień temu.

Warto!

Na Luboniu chcemy rozbić namiot, ale jakoś nigdzie nie możemy znaleźć na tyle płaskiego miejsca, by ustawić dwa. Trudno- prześpimy się w schronisku, nie bacząc na brak wody, który jest tu normą. Kolacja, a następnego dnia śniadanie z beskidzkimi widokami w tle wynagradza wszystko.IMG_7974

 Warto wspomnieć, że za przebycie całej trasy zdobyliśmy odznakę "Mały Szlak Beskidzki" Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego!

 

niedziela, 09 września 2018

Trzy miesiące temu, podczas pobytu w okolicach Bornego Sulinowa, odwiedziliśmy powstałe w ramach Zamierzenia 3000 bunkry. Położone opodal miejscowości Brzeźnica Kolonia służyły wojskom radzieckim do przechowywania broni atomowej. Pamiętając jak wyglądały kilkanaście lat temu, szykowaliśmy się na ucztę dla wielbicieli militariów i fortyfikacji... Tymczasem na miejscu okazało się, że niestrzeżone obiekty zostały rozszabrowane przez złomiarzy, wyjścia zostały - dla bezpieczeństwa - zasypane ziemią i zawalone gruzem. Generalnie - bryndza (spójrzcie na zdjęcia z tego wyjazdu)... Szczególnie rozczarowany był Tadzio - choć Bartek również nie krył frustracji. Spóźniliśmy się.

Tymczasem, po przestudiowaniu dostępnych w sieci informacji o "Zamierzeniu 3000", okazało się, że bliźniaczy obiekt położony w Podborsku funkcjonuje jako oddział Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu. Na zdjęciach umieszczonych  na stronie  http://zimnawojna.info/podborsko obiekt wygląda, jakby Rosjanie opuścili go 5 minut temu. Szybko powstaje plan, by w ramach wakacyjnych podróży odwiedzić to miejsce.

I oto jesteśmy. O 5.30 czasu środkowoeuropejskiego cichutko, by nie zbudzić śpiących na campingu nad jeziorem Brody, opuszczamy (Bartek i Tadzio) namiot, ładujemy rowery na bagażnik i gnamy do Lęborka. Tam, nie bez przygód (PKP niezbyt lubią rowery...) wsiadamy do pociągu zmierzającego do Koszalina. W Koszalinie szybkie zakupy śniadaniowe - i w drogę. Po opuszczeniu miasta (droga rowerowa na odcinku 100 metrów cztery razy przeskakuje z jednej strony na drugą) wyruszamy biegnącą równolegle do drogi 167 drogą dla rowerów. Wykonana z różnych materiałów (kostka, asfalt, beton, płyty) pozwala nam bezpiecznie i komfortowo podróżować poza terenem zabudowanym. I tak to właśnie powinno wyglądać.
Niestety - w mijanych na trasie miejscowościach zarządca drogi nie za bardzo miał pomysł co zrobić z ddrką - miejscami zanika, skacze z jednej strony na drugą... A wystarczyłoby na obszarze zabudowanym puścić ruch po jezdni. No - ale i tak jest o niebo lepiej niż na wylotówkach z Gdyni.

 

IMG_8549


Następne niestety - ddr kończy się jakiś kilometr za wcześnie. Mijani "na gazetę" przez "szybkich, ale bezpiecznych" gnamy, ile sił do zjazdu na leśną drogę. Nieopodal Zasp Małych opuszczamy ruchliwy asfalt i zagłębiamy się w las. Początkowo wszystko się zgadza, kilometry lecą, wygląda, iż do pierwszego wejścia o godzinie 11 będziemy mieli jakieś 20 minut zapasu. Do czasu... W pewnym momencie mapa i rzeczywistość rozjeżdżają się radykalnie - tam, gdzie mapa pokazuje drogę, jest absolutne bagno, za którym nie ma nawet śladu przecinki czy ścieżki. Po obejściu bagna lądujemy absolutnie nie wiadomo gdzie. Zaczynamy jazdę/marsz/przepychanie na azymut. Gdy -  wykończeni - znajdujemy możliwą do zidentyfikowania drogę - mamy 10.51. I jakieś 3 kilometry do pokonania. Tadzio szybko traci zapał do mocnego pedałowania - w rezultacie spóźniamy się 3 minuty. Zastajemy drzwi zamknięte na głucho. Pukanie nie ma sensu. Próba włamania również. Drzwi ważą od 3 do 5 ton...


IMG_85521


Następne wejście o 12... Oczekiwanie umilamy sobie spacerem po okolicy, oglądaniem dwóch pozostałych, nieprzeznaczonych do zwiedzania bunkrów: bliźniaczego T7 oraz schronu typu Granit - przeznaczonego do ochrony mobilnej wyrzutni pocisków taktycznych. Ogrom tych obiektów robi niesamowite wrażenie.


IMG_8558


Czas mija szybko, chwilę przed 12 zza pancernych wierzei dobywa się szelest cofanych rygli i z pomieszczenia śluzy wymaszerowuje grupka zmarzniętych zwiedzających. Zakładamy cieplejsze ciuchy, kupujemy bilety i po zamknięciu zewnętrznych wrót śluzy wkraczamy do środka kompleksu. Oprowadzający zapoznaje nas z historią "Zamierzenia 3000", oprowadza po poszczególnych pomieszczeniach objaśniając ich przeznaczenie, opisując pracę żołnierzy, którzy pełnili tu służbę. Wręcz kopalnia wiedzy i kompetencji, którą to kopalnię Tadzio bez skrupułów i zahamowań pracowicie eksploatuje. Skutkiem czego przewodnik zasypywany lawiną pytań i komentarzy spogląda nań z coraz większym zaniepokojeniem. Stan obiektu - w porównaniu z tym, co widzieliśmy w Brzeźnicy Kolonii - nówka, nie śmigany ;-)


IMG_8577IMG_8573IMG_8572

Na koniec zwiedzania wisienka na torcie - Tadzio może samodzielnie, własnoręcznie otworzyć kilkutonowe drzwi. Omal nie pęka ze szczęścia :-)


IMG_8582

W drodze powrotnej nie ufamy już mapom - trzymamy się asfaltu. Pomimo całych stad wariatów pędzących bez opamiętania udaje nam się dotrzeć bez przeszkód do początku separowanej ddr - dalsza podróż to czysta przyjemność z krótkimi przerwami na kolejne mijane miejscowości. Do Koszalina docieramy kilkanaście minut przed odjazdem pociągu powrotnego. Gdy ten wjeżdża na peron - oczom własnym nie wierzę... Niskopodłogowy, rowery przypinane pasami, czysto, schludnie - zachodniopomorsko.


IMG_85831IMG_85841

W Słupsku przesiadamy się na kolejny pociąg - tym razem podstawiony przez województwo pomorskie. EN57 - przy próbie zapakowania roweru do środka omal nie wypadam z nim na (niski) peron. Przedział rowerowy to oczywiście wieszaki do niszczenia kół i przerzutek - zdjęć przez litość nie robię - beznadzieja. Na stałym wyposażeniu tegoż przedziału dwóch porządnie zaprawionych obywateli świętujących właśnie zwolnienie z zakładu karnego. Demontuję sakwy - rowery będą musiały przetrwać jakoś bez nas podróż w dymie papierosów odpalanych pomiędzy kolejnymi piwami. Pani konduktor nawet nie próbuje przekonać panów do zaniechania picia, palenia, czy też powstrzymania niekończącego się monologu złożonego z czterech wyrazów. Całą drogę do Lęborka pilnuję, czy aby nasze rowery nie zechciały wysiąść na jakimś przystanku. Na szczęście - w komplecie docieramy do Lęborka.
Zmęczeni ale zadowoleni, z mnóstwem wrażeń i ponad 70 kilometrami rowerowania na koncie wsiadamy do samochodu i gnamy, by zwinąć namiot... ale to już inna opowieść ;-)

 

 

 

 

 

 

 

20:09, aldona_t1 , rowery
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018

 

W tym roku po raz kolejny zostajemy laureatami konkursu organizowanego przez PTTK pod nazwą „Turystyczna Rodzinka”. Za każdym razem nagroda- rodzinny weekend w jakimś miłym miejscu- jest najpiękniejszym podsumowaniem roku wspólnego wędrowania. Tym razem otrzymaliśmy możliwość spędzenia dwóch nocy w hotelu górskim na Kalatówkach.

Przechodziliśmy tamtędy wielokrotnie, za każdym razem urządzamy zimowy spacer „na rosół”, ale jeszcze nigdy nie zatrzymaliśmy się na dłużej.

Tym razem jest inaczej.

Do Zakopanego przyjeżdżamy samochodem, bo jedziemy wprost ze Świeradowa Zdroju i podróż pociągiem zajęłaby chyba z tydzień. Średnie tempo jazdy wynosi jakieś 20km/godz. I przypomina nam , dlaczego zawsze, mimo różnych minusów, wybieramy PKP. Koło południa ledwo żywi wytaczamy się z auta. Zostawiamy je na parkingu mając nadzieję, że nikt nie zainteresuje się przypiętymi na bagażniku rowerami i dajemy miejscowym zarobić- dokładnie 40 zł za dwa dni postoju.

Tatrzański Park Narodowy to jedno z nielicznych miejsc, w którym korzystamy z Karty Dużej Rodziny. Wejście za darmo to jeden z wartościowych pomysłów na wspieranie rodzinnej turystyki. Na miejscu lokujemy się w dwóch pokojach- ślicznie urządzonych, z góralskimi akcentami, w drewnie, ale wciąż z charakterem schroniskowym. Może telewizor jakoś mało górski, ale zawsze można nie patrzeć w tamtą stronę :)IMG_8224

Cały wieczór spędzamy na chłonięciu górskiego klimatu. Mamy w tym roku tylko te dwa dni, aby nacieszyć się widokiem Tatr...IMG_82481

Rano o siódmej meldujemy się w restauracji. Śmieszne to uczucie, gdy z jednej strony jesteśmy w środku gór, wokół dzika przyroda, a tu białe obrusy i elegancka obsługa kelnerska. Można wybrać jeden z jedenastu zestawów śniadaniowych- każdy odpowiednio obfity i świeży. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy wieczorem poprosić o prowiant na drogę, ale nie spieszymy się specjalnie- dziś mamy w planach jedynie Giewont.

O ósmej jesteśmy na szlaku i powoli pniemy się do góry. Pogoda idealna- nie prazy słońce, jak przez ostatnie dwa tygodnie, ale i nie jest zimno. Na popołudnie zapowiadają deszcz, ale do tej pory powinniśmy już dawno być z powrotem. Dochodząc do Hali Kondratowej zauważamy, że nikogo prócz nas na szlaku nie ma. Przed schroniskiem raptem kilku turystów, niespiesznie pijących kawę. Prawdę mówiąc, rezerwując noclegi w samym środku wakacji , planując wejście na Giewont w niedzielę, byliśmy raczej przygotowani na dzikie tłumy.IMG_8263

IMG_8281

IMG_8273

IMG_82781

Podejście na przełęcz jest tak samo meczące, jak i nudne, ale dzięki nieoczekiwanej ciszy i spokojowi idzie nam się bardzo miło. Po równo dwóch godzinach marszu stajemy na szczycie. Tosia pamiętając co nieco z naszej poprzedniej tu obecności nieco się obawia. Wówczas łańcuchy wydawały się wielkie- teraz widzi, ze to dlatego, że jako czterolatka do większości po prostu nie dosięgała. Pod krzyżem nie planowaliśmy dłuższego postoju nastawiając się na brak miejsca, tymczasem jesteśmy tam... absolutnie sami! Robimy zatem mały piknik i czekamy na kogoś, kto zrobi nam rodzinne zdjęcie. Po kilkunastu minutach nadchodzi jakaś para i możemy poprosić o fotkę. Fotograf uparł się, żeby złapać w kadr cały krzyż, więc na większości ujęć wyglądamy troszkę jak mróweczki.

W internecie można znaleźć dziesiątki dyskusji o tym, jak beznadziejnym szczytem jest Giewont- oklepany, z pseudoturystami w klapkach i z reklamówką w ręku, a „prawdziwy turysta” najczęściej chełpi się tym, że jego noga tam nie stanęła. Tym razem szczyt pokazał swoje znacznie przyjemniejsze oblicze- dzieci cieszyło podejście z łańcuchami, dorosłych- piękne panoramy. I zupełne pustki na trasie.

Schodząc, spotykamy trochę osób, ale żadnych dzikich hord.IMG_8318

IMG_8374

IMG_8331

W schronisku zasiadamy do obiadokolacji- czeka na nas zupa, drugie danie i kompot. Extra zestaw po czterech godzinach wędrówki! IMG_8419

Padać zaczyna zgodnie z planem- po południu. Być może gdyby nie to, rzeczywiście rzesze turystów ciągnęłyby na szlak wraz z nami....

Pod wieczór wędrujemy jeszcze na nabożeństwo w kaplicy przy Pustelni Brata Alberta. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, więc zaraz po wejściu stajemy, zaskoczeni wielkością kościółka. Wygląda trochę tak, jakby go ktoś skrócił o połowę- zaczyna się- i od razu kończy. Miejsca jest może dla 20 osób. Kameralnie :)

Przed samą mszą na środek wychodzi siostra zakonna i pyta, kto mógłby przeczytać czytanie. Oczywiście, chętnych brak. Siostra podchodzi do kolejnych osób- ten zapomniał okularów, tamten akurat ma chrypę. I co?- zgłasza się Jadzia z Tadziem. Ratują honor wiernych, a po mszy słuchamy pochwał, jakie to mamy świetne dzieci. Ależ to miłe!IMG_8427_cr

W poniedziałek po śniadaniu żegnamy ze smutkiem tatrzańskie szlaki i wracamy do samochodu, napełnieni dobrymi przeżyciami. Jeszcze tylko jakieś 12 godzin w samochodzie i jesteśmy w Gdyni....

Wygląda na sympatyczny wyjazd? Zapraszamy do uczestnictwa w tegorocznej edycji konkursu „Turystyczna Rodzinka”!

 

środa, 04 lipca 2018

 

Kiedy w czerwcu okazało się, że początek tegorocznych wakacji spędzimy w Beskidach, w dodatku kończąc górską wyprawę w Rabce, od razu ustalamy, że koniecznie zajrzymy do Rabkolandu. Byliśmy tam dokładnie trzy lata temu, a wrażenia z pobytu zamieściliśmy tutaj: Rabkoland 2015

Po spontanicznej decyzji nachodzą mnie jednak wątpliwości. Po pierwsze: już Heraklit wiedział, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dzieciaki, mimo upływu lat dokładnie pamiętają wszystkie atrakcje i emocje przeżyte w tym miejscu i, co naturalne, oczekują powtórki miłych chwil. Na to nie ma szans, więc obawiam się, że po protu będą rozczarowane. Po drugie, choć nieco związane z pierwszym: Rabkoland to park rozrywki dedykowany młodszym dzieciom- przedszkolaki mają do dyspozycji niemal cały teren, dla naszych nastolatków miejsca eksploracji ograniczają się do kilku atrakcji. Prawdopodobnie po godzinie zaczną się nudzić.

Ale cóż- klamka zapadła, więc nie będziemy się wycofywać z projektu.

O 16ej czeka na nas pociąg z Chabówki do Gdyni, wcześniej planujemy jeszcze szybki obiad, więc na wizytę w Rabkolandzie zostają nam niecałe trzy godziny.

Zaczynamy od Crazy Clowna – ciekawe, czy jest tak szalony, jak ostatnim razem? Jadzia i Tadzio siadają wyjątkowo razem i zgodnie (nie do pojęcia, nie pokłócili się przy tym ani razu!), bo chcą powtórzyć zdjęcie sprzed trzech lat, kiedy to Tadzio umierał ze strachu, a Jadzia- ze śmiechu. Tym razem chichrają się obydwoje jak szaleni, a ja już po tych kilku chwilach wiem, że wszystkie moje obawy były całkowicie bezpodstawne. Kręcę się razem z Tosią- jeśli nie ma akurat zamkniętych oczu, to wykazuje całkowicie skupienie i opanowanie- chyba w ten sposób opanowując strach :) Ja, co oczywiste, krzyczę jak szalona, skupiając na sobie uwagę wszystkich dookoła.IMG_8006

IMG_8009_cr

Ledwie trzymając się na nogach, idziemy ku kolejnej atrakcji- wieży DuchDuch. To nowość, stoi dopiero od tego roku. A myśmy się obawiali, ze wszystko już będziemy znali i że zabraknie echa nowości! Siadamy wszyscy i powoli unosimy się w górę. Wynosimy się ponad dachy pozostałych karuzel i z najwyższego punktu obserwujemy szczyt Lubonia, na którym byliśmy jeszcze trzy godziny temu. Kręcimy się wokół własnej osi i nagle.... łup! Spadamy dziesiątki metrów w dół, natychmiastowo zamykając oczy i drąc się wniebogłosy! No dobra- tak naprawdę, to spadamy swobodnie pewnie ze dwa metry, ale wrażenie jest niesamowite. To mnie przekonuje, że wcale nie potrzebujemy ogromnych konstrukcji i największych rollercosterów, aby emocje sięgnęły zenitu.

Jeszcze niezapomniany Musik Express, pamiętany przez wszystkich aż za dobrze. Właśnie dlatego Bartek i Tosia w ogóle nie wchodzą na karuzelę, tylko obserwują z daleka resztę rodziny. Ta zaś sprawdza działanie siły odśrodkowej, mając przy tym zdecydowanie większy ubaw, a mniej strachu niż trzy lata temu.

Korzystamy też i z innych atrakcji- większych i mniejszych. Kolejek nigdzie nie ma, bo większość odwiedzających wybiera te mniejsze zabawki. Dziewięcioletnia Tosia, najmniej ekstremalna z rodziny, po raz pierwszy w życiu jest za duża na niektóre, co wprawia ją w zdumienie. Cóż, każdy kiedyś wyrasta z karuzeli dla trzylatków :)

Umordowani, postanawiamy chwilę odpocząć na spektaklu w teatrze magii. Jadzia trochę kręci nosem, bo od dawna już zna wszystkie triki pokazywane w takich miejscach, a cóż to za zabawa, jeśli wie się, na jakiej zasadzie przedmioty znikają czy się pojawiają.... I co? Kolejna niespodzianka! Po pierwszych kilku minutach widzimy, że to iluzjonista z wysokiej półki- żadne z nas nie ma pojęcia, na czym polegają sztuczki, a robią naprawdę duże wrażenie, nie tylko na dzieciach, ale i na dorosłych!

Po prawie trzech godzinach z żalem kierujemy się do wyjścia. Nie zdążyliśmy zajrzeć do żadnego z dwóch muzeów; dużej, nowej strefy dla maluszków nie żałujemy, ale nawet nie obeszliśmy całego parku. Wiemy, że zniknęło kilka miejsc, na ich miejsce powstały nowe- dzięki temu miejsce jest atrakcyjne nie tylko przy pierwszym pobycie!

Wychodzimy z rabkolandowymi gadżetami- duży szkicownik i gra memo będą jak znalazł na długą, ośmiogodzinną podróż do domu. No i wiemy, że jeśli będziemy w okolicy za kilka lat- wpadniemy tu znowu, wcale się nie przejmując tym, że już jesteśmy całkiem (rodzice) lub prawie (dzieci) dorośli...

 

wtorek, 08 maja 2018

 

Od wielu lat „długi weekend majowy” spędzamy w domu, nie wybierając się nigdzie dalej. Pogoda co roku kiepska (powtarzające się żarty o 30 stopniach w majówkę odzwierciedlają trwały trend pogodowy), a większość ciekawych miejsc świątecznie zamknięta. Ale jakoś tak w tym roku postanawiamy odwrócić złą passę i powędrować co nieco, tym bardziej, że wakacyjne plany Jadzi mocno ograniczają rodzinny odpoczynek latem.

Jako cel obieramy Pojezierze Drawskie. Rezerwujemy noclegi w agroturystyce w małej miejscowości Komorze i od razu po wyścigu rowerowym we Włocławku ruszamy na spotkanie z przygodą.

IMG_5926

Pierwszy dzień wita nas przepięknym słońcem, więc od razu wsiadamy na rowery. Plan prosty: objechać dookoła jezioro Pile. Dookoła świetne tereny dla turystyki rowerowej. Oznakowania szlaków, tablice informacyjne- wszystko, jak należy. Pierwszy przystanek robimy w Bornym Sulinowie. Jakieś 20 lat temu, gdy byliśmy tu jeszcze bez dzieci- piękni i młodzi, wszystko wyglądało inaczej. Opuszczone przez Rosjan miasto robiło niezapomniane wrażenie. Przemierzaliśmy puste bloki, w których czas zatrzymał się wraz z wyjazdem mieszkańców. Dziś ze świecą szukać pozostałości po tamtych czasach, choć co kilkaset metrów tablice ze zdjęciami kolejnych budynków przypominają, jak te tereny wyglądały jeszcze nie tak dawno. Ale oprócz tego- zwykłe miasteczko. No, może oprócz czołgu przy głównej drodze oraz oczywiście cmentarza. Choć byliśmy tu ostatnio przed czterema laty, dzieciaki doskonale pamiętają dziecięce groby obłożone pluszowymi zabawkami, tak bardzo przemawiające do wyobraźni...

Drugi postój czeka nas nad jednym z kąpielisk nad Pilem, w Dąbrowicy. Urzeka nas plastikowy, pływający pomost i natychmiast napada nas niepohamowana chęć jego wypróbowania. Woda jeszcze, oczywiście, lodowata, ale to nas nie odstrasza- jest prawie jak na trampolinie!IMG_6077

IMG_6033

Po 30 kilometrach w nogach pedałujemy wolniej i chyba tylko dzięki temu udaje nam się (a konkretnie Tosi) wypatrzyć żmiję zygzakowatą. Pięknie pozuje do zdjęcia, po czym grzecznie zostawiamy ją w spokoju, ciesząc się, że dzieci nie muszą się uczyć przyrody tylko z podręczników w szkole.... sądząc z odgłosów dobiegających znad jezior, moglibyśmy zrobić wiele zajęć praktycznych z rozpoznawania kolejnych gatunków żab i ropuch.IMG_59811

IMG_59871

Nie obywa się, rzecz jasna, bez przygód- dosłownie kilka kilometrów przed metą słońce nagle błyskawicznie chowa się za chmurami, które przywędrowały nie wiadomo skąd i oto orientujemy się, że zostało najwyżej kilkadziesiąt sekund na schowanie się przed burzą. Akurat przejeżdżamy obok zadaszonych stolików i sprawdzamy, czy pod jednym stołem zmieści się całą pięcioosobowa rodzina. Trzeba się było mocno poprzytulać- całe szczęście, wiosenne burze nigdy nie trwają długo :)

Trasa: 54 kilometryIMG_6138

 

Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, za to drugi stanowi wyzwanie. Kiedy wokół tylko lasy i jeziora, ciężko czymś zainteresować dzieci. Ale oto całkiem niedaleko znajdujemy miejscowość o wdzięcznej nazwie Szwecja. Dzieci zapalają się do pomysłu, dzięki któremu będą mogły opowiadać kolegom, że pojechali na rowerach do Szwecji :)IMG_6208

Na mapie widnieje prosta, jakby linijką narysowana droga do samej miejscowości, wytyczona wzdłuż rzeki Piławy. Świetnie! W realu wygląda jeszcze piękniej- żywa, soczysta zieleń aż bije po oczach, błękit nieba nastraja optymizmem, a droga wygląda jak z obrazka. W dodatku nic nią nie jeździ- jest cichutko jak makiem zasiał. Po pięciu kilometrach wiemy już, dlaczego tak tu miło i spokojnie: przykryte centymetrową warstwą piasku i młodej trawy czają się tryliardy kocich łbów! Trzęsiemy się jak galareta, każdy wybój (a te powtarzają się mniej więcej co sekunda) powoduje mikrodrgania mózgu, przyprawiające w końcu o ból głowy. Żeby choć zakręt jakiś dający nadzieję... ale nie- brukowe piekło ciągnie się po horyzont... Ale przecież nie lubimy, kiedy jest nudno, nie? :)

W końcu docieramy do Szwecji i robimy obowiązkowe zdjęcie upamiętniające nasz pobyt tutaj. Lody magicznie leczą większość urazów fizycznych i (a może przede wszystkim) psychicznych, więc po niedługim odpoczynku ruszamy w trasę powrotną. Nieco dłuższą, ale przynajmniej bez brukowych traktów. Po drodze mężczyźni szukają bunkrów (odnajdują je po dokładnie drugiej stronie drogi niż wskazuje mapa), a na koniec wszyscy zahaczamy o Gródek. O ile Borne Sulinowo upodobniło się do klasycznego niewielkiego miasteczka, o tyle Gródek po prostu zniknął. Wszystko wokół pochłonęła przyroda, drzewka-samosiejki migusiem zarosły każdy wolny skrawek terenu. Chaszcze i mokradłą pilnie strzegą ewentualnych ciekawych miejsc. Dzieciaki eksplorują zatem jedyne dwa pozostałe po mieście bloki. Splądrowane już lata temu, ale dzisiejsze dzieci nie znają zabaw na budowach, więc dla nich to rewelacyjny teren do gonitw i chowanego.IMG_6248

IMG_6231

IMG_6252

IMG_6258

Jeszcze tylko rzut oka na rezerwat Diabelskie Pustacie, wzdłuż którego wracamy- jeszcze nie ma czego podziwiać, bo to królestwo wrzosów, ale może uda się przyjechać pod koniec sierpnia czy we wrześniu?

Trochę się zagalopowaliśmy i wyszło nam 70 kilometrów trasy, więc

Trzeci Dzień jest odpoczynkowy. Tylko 20 kilometrów do Rezerwatu Przełom Rzeki Dębnicy. Planujemy naprawdę krotki wypad, ale wycieczka przedłuża się znacząco- a to za sprawą zagospodarowania turystycznego. Co pół kilometra (bez przesady!) natykamy się na punkt odpoczynkowo- edukacyjny. Odpoczywać właściwie nie mamy po czym (chyba, że po poprzednim dniu), ale kolejne dzieci nie chcą odpuścić żadnej tablicy. Przyrodnicze memo musi zostać rozegrane we wszystkich konfiguracjach (czyli: każdy z każdym), dopasowywanki, zgadywanki... przejście tej ścieżki przyrodniczej może naprawdę trwać pół dnia. Jedynie wizja skoków po kamieniach przez rzekę może nas zmusić do dalszej drogi. Chyba nie było przesady w nazwaniu charakteru Dębnicy „górskim”- dokładnie 3/5 rodziny ląduje w wodzie (nietrudno się domyślić, które). Dobrze, ze jest ciepło- chlupot w butach niespecjalnie przeszkadza.IMG_6328

IMG_6407

IMG_6433

 

IMG_6360

 

 

 

IMG_6440

I to koniec pobytu. Jeszcze w drodze do domu, już samochodem, podjeżdżamy do bunkrów w Brzeźnicy- Kolonii. Mało już tu czegokolwiek zostało, więc panowie planują wakacyjny wypad męski „na bunkry” (takie z prawdziwymi, żelaznymi drzwiami-jak obiecuje tata...)

 

środa, 14 lutego 2018

 

Zimowe ferie „od zawsze” spędzamy z Zakopanem, a od kilku lat możemy korzystać z rozpoznawalnej już chyba w całym kraju atrakcji- lodowego labiryntu.

Zima u nas do najsroższych nie należy od dawna- przy pierwszych opadach śniegu trzeba działać w szalonym pędzie, aby zdążyć ulepić bałwana przed roztopami, zwykle nadchodzącymi jeśli nie po kilku godzinach, to po kilku dniach. A jednak Zakopane już bodajże po raz czwarty daje radę wyczarować prawdziwą Krainę Lodu. Już z daleka widać wyłaniający się pod Wielką Krokwią zamek, a zewsząd słychać dziecięce zachwycone piski. Podchodząc bliżej, zauważamy labirynt zbudowany z lodowych kafli.IMG_5483_cr

Sprawdzaliśmy przed wyjazdem w internecie, więc wiemy, że jest największy na świecie (pewnie na Antarktydzie po prostu nikt nie wpadł na taki pomysł), ale na żywo nie robi wrażenia ogromnego. Zwiedzaliśmy kilka labiryntów roślinnych i tamte wydawały się rozleglejsze.

Ilość śniegu i tak powala, więc decydujemy się najpierw przekazać aparat fotograficzny koleżance zostającej przed wejściem z prośbą o pstrykniecie fotki na blankach muru nad wejściem. Naiwnie jeszcze wtedy wierzymy, że za kilka minut tam dotrzemy...

Po paru nieskoordynowanych zakrętach gubimy Jadzię, po następnych z ekipy odpada Bartek, a my wiemy już, że nie dojdziemy tak łatwo na miejsce upatrzone na fotografię... Postanawiamy wrócić do wyjścia i zacząć metodycznie skręcać tylko w prawo. Hmmm... okazuje się, że choć minęło zaledwie kilka minut, nikt nie ma pojęcia, jak wrócić. Ściany mają ponad dwa metry, śnieg świetnie wygłusza, nigdzie żadnych znaków charakterystycznych. W zasadzie nawet dobrze- przecież chcieliśmy mieć zabawę! Szukamy więc wyjścia lub też wejścia – bez skutku. IMG_54681

Co rusz napotykamy kolejnych zagubionych: - O, pan w zielonej kurtce! Już się widzieliśmy! Chyba chodzimy w kółko! - dochodzą zewsząd podekscytowane głosy.

Wszyscy biegają chaotycznie- dzieci, dorośli, z wypiekami na twarzach szukają właściwej drogi. Niektórych nawigują przez telefon znajomi, stojący na wieżyczce, ubawieni bezwładną bieganiną. Zza ścian nic nie widać- najchętniej by się wdrapało na mur, ale chyba wszyscy wpadają na ten sam pomysł, bo co chwila widać identyczne tabliczki z wyraźnym zakazem. Biorę więc Tosię na barana, a ta... dostrzega Jadzię. Chyba ma najlepsza orientację w terenie i powoli kieruje nami wskazując właściwy kierunek ręką. IMG_5464

IMG_5456

W końcu! Docieramy na miejsce! Ludzik Playmobil gratuluje nam sukcesu. Odnajdujemy się wszyscy i z niedowierzaniem rozglądamy wokół. Ludzie błądzący w dole proszą o pomoc w wydostaniu się, ale z góry nie widać, gdzie jest ściana, a gdzie przejście, więc niewiele można im pomóc. IMG_55111

IMG_5564

Wydaje się, że teren nie jest wielki, a jednak po wejściu do środka natychmiast gubi się orientację, pamięć, a czasem i zdrowy rozsądek. Okazuje się, że zamiast planowanych kilku minut, w środku spędziliśmy niemal godzinę. Zmarznięta na sopel koleżanka wykonuje obiecane fotki, choć chyba zdążyła już zwątpić, czy kiedykolwiek uda nam się dojść do celu.

Ale- za jakieś dwa miesiące cały labirynt, jak co roku, spłynie wraz z wiosennymi roztopami- wtedy by nas chyba znaleźli? W każdym razie TOPR-u nie zdążyliśmy wezwać, choć byliśmy blisko :)

Polecamy zabawę- koniecznie całą rodziną!

 IMG_5460

IMG_5592

 

 

 

 

środa, 23 sierpnia 2017

 

Na wielkie wojaże wakacyjne w tym roku brakuje dwóch rzeczy: urlopu i pieniędzy. Cóż- Majorka all inclusive musi zaczekać, podobnie jak inne dalekie i długie wyprawy. A jednak pod koniec wakacji udaje nam się zdobyć kilka wolnych dni (konkretnie: trzy) i zorganizować tani wyjazd (konkretnie: 20 zł za 3 noclegi dla rodziny + 44 zł za przejazdy+ jedzenie). Przeżycia- gwarantowane, niereglamentowane, bezcenne.IMG_7730

Ale od początku. Początek jest w Słupsku. Z Gdyni pociągi kursują dostatecznie często, ale przede wszystkim- są to SKM-ki, w których nie musimy się bać, czy kierownik pociągu pozwoli nam wejść z rowerami, czy też regulaminowe 6 sztuk jest już w środku i możemy się wypchać. W południe wysiadamy na miejscu i szukamy wyjazdu z miasta na trasę rowerową USBS (Ustka-Słupsk- Bytów-Sominy), którą zamierzamy przejechać prawie w całości. Przyznam, że niezbyt się przykładamy do tego zadania, gdyż od razu spotykamy przemiłą knajpkę z goframi bąbelkowymi i kawą, które to elementy blokują skutecznie nasze poszukiwania. Ściślej mówiąc- zasiadamy w jednym miejscu i całkiem się nie ruszmy, zbierając siły i kalorie na czekające nas kilometry.IMG_75611 Kiedy w końcu udaje nam się zaspokoić południowy głód i naprawdę mamy zamiar wyruszyć w trasę, na drodze staje nam niedźwiadek- a właściwie cała ich gromadka. Są bajecznie kolorowe, każdy inny- ale wszystkie wzbudzają niepohamowany zachwyt Tosi żądającej zdjęć przy absolutnie każdym. Tabliczka wmurowana obok opisuje historię ich wykonania na wzór znalezionej w okolicy bursztynowej figurki. Udaje nam się uporać z niedźwiadkami, ale oto przejeżdżamy koło miejskiego parku, a w nim sporych placów zabaw, parku Street Workout i naprawdę dużego pumptracku... może lepiej byłoby zaplanować wyprawę tylko do Słupska?IMG_7567

Po wszystkich tych „zatrzymywaczkach” znajdujemy naszą trasę. Czytaliśmy w Internecie, że świeżo oznakowana, wedle najnowszych przepisów i w ogóle jest cudownie. Rzeczywiście, przez większość dzisiejszej trasy jest idealnie. Później jednak zaczną się schody- znaki, ustawione na niewysokich, drewnianych słupkach, całkowicie giną wśród wyższych od nich pokrzywa lub też wcale ich nie ma- dobrze, że mamy trasę w telefonie.... IMG_7578

IMG_7576Tymczasem jednak wjeżdżamy na teren Parku Krajobrazowego Dolina Słupi i spędzamy w nim całe 35 kilometrów. Nie jesteśmy jedynymi rowerzystami tutaj, ale jak zawsze wzbudzamy zainteresowanie z powodu naszej przyczepki do roweru- już się przyzwyczailiśmy do pytań, jak się sprawuje, ile kosztuje i gdzie można ją kupić.IMG_7571

IMG_7574 Powoli robi się pora obiadowa- jesteśmy przygotowani raczej na zupki chińskie, ale na wszelki wypadek pytamy w Dębnicy Kaszubskiej o jakąś knajpkę. Okazuje się, że owszem, jest. Niepozorna z zewnątrz, wszakże we wsi , zadziwia nas obfitością menu i cenami. Nigdy jeszcze chyba nie zjedliśmy tak dużo za tak niską cenę- dziwne tylko, że w żadnym opisie szlaku nie znaleźliśmy informacji o gastronomii na trasie. I to tak dobrej :)IMG_7586

Pod wieczór dojeżdżamy do Gałąźni Małej- naszego dzisiejszego celu. Rozbijamy się nad rzeką, jemy chleb pieczony nad ogniskiem i śpiewamy piosenki. Czegóż chcieć więcej do szczęścia?IMG_7611

IMG_7603

Rano, po świątecznej mszy w stojącym obok mini-kościółku ruszamy dalej. Niestety, położona nieopodal elektrownia wodna dzisiaj, z powodu święta, nieczynna- a szkoda. Takie wysokie tam mają zjeżdżalnie...IMG_7623

Jedziemy zatem do Bytowa, choć trasa dzisiaj dużo bardziej wymagająca od wczorajszej. Głęboki piasek blokuje koła, podjazdów zdecydowanie więcej niż zjazdów- Tosia przeżywa pierwszy mocny kryzys. Jak to dobrze, że mimo święta wioskowe sklepy są czynne i w dodatku sprzedają lody... Po obiedzie i kolejnej porcji lodów w Bytowie humory się poprawiają- dodatkowo jedziemy teraz już wyłącznie asfaltem, więc jest nieporównywalnie lżej. Kolejne mapy turystyczne utwierdzają nas w przekonaniu, że w Sominach czeka na nas pole namiotowe. Dojeżdżamy w miejscowości, ale tu nikt o żadnym polu nie słyszał. Chyba po prostu twórcy map pomyśleli, że skoro namalowali już tyle tras rowerowych (rzeczywiście jest ich zatrzęsienie, nawet jedną jedziemy, choć nie widzimy ani jednego znaku tego potwierdzającego), to przydałoby się i pole namiotowe- tylko zapomnieli, że mapa powinna być odzwierciedleniem rzeczywistości, nie zaś pobożnym życzeniem. Trudno, rozbijamy namiot w ogródku jednego z mieszkańców.IMG_7635

Rano, po standardowym śniadaniu na schodach sklepu (takie są w wakacje najlepsze, wygrywają nawet z tymi jedzonymi na polanie nad rzeką) ruszmy żwawo, by zdążyć przed prognozowanym przez meteo deszczem. IMG_7659

IMG_7672

 

Po 25 kilometrach postój w Wielu. Najpierw wizyta na kąpielisku (czyściutki budynek przebieralni i toalet, pomosty, ratownicy, plac zabaw- normalnie europejskie standardy!), a później z nową porcją sił i energii wędrujemy do naszego ulubionego baru (jedynego zresztą) na pizzę i mrożoną kawę. To jednak wycieczka pełna niespodzianek- tym razem niemiłych- knajpa zamknięta na głucho, żadnej informacji, a kolejni zawracający sprzed drzwi letnicy utwierdzają nas w przekonaniu, że to nagła sytuacja. Akurat na nasze przybycie chyba! Przed nami zatem wizja dnia bez obiadu- do Loryńca, na którym dziś kończymy, nie ma żadnej restauracji... Jedziemy w lekko ponurawych nastrojach, bo to był nasz dzisiejszy pewnik, a nikt nie lubi, gdy coś, na co liczył, nagle zostaje mu brutalnie odebrane (szczególnie, jeśli kwestia dotyczy spraw tak fundamentalnych jak obiad) i godzinę przed metą czujemy pierwsze krople. Cholipka- miało zacząć padać dopiero za godzinę- jakiż ten deszcz jest niepunktualny, no … Tenże nic sobie nie robi ani z zegarka, ani z naszych wymówek i bez ostrzeżeń zamienia się w ulewę. Leje prościutko i nieprzerwanie, mocząc wszelkie elementy naszej garderoby, jakby nie zauważając faktu, iż podobno kurtki przeciwdeszczowe mają przed nim chronić. Na miejsce docieramy w charakterze całkowicie zmokłych kur. Na miejsce- czyli do stodoły, w której już kiedyś nocowaliśmy i jesteśmy pełni najlepszych wspomnień. Pachnące miętą siano, piec, nad którym suszymy przemoczone ubrania, ale i czysta łazienka, tak potrzebna strudzonym wędrowcom. W dodatku, choć to maleńka wioska, a na horyzoncie ani jednego człowieka, tuż obok stodoły stoi sobie przyczepa, a w niej mini-bar. W barze zaś czekają chyba tylko na nas de volaille w zestawach... Wygląda to całkowicie surrealistycznie, ale korzystamy, póki się nie okaże, że to wytwór naszej wyobraźni i podświadomych pragnień. Jeśli będziecie szukali noclegu na sianie- to tu: http://www.agroturysta.kaszuby.pl/spanie-na-sianie/IMG_7728

Słuchając bębniącego o dach deszczu zasypiamy przed ostatnim dniem naszej podróży. Na śniadanie czekają pyszne, świeże jajka. Tylko dzięki temu wybaczamy kurom baaardzo wczesną pobudkę, jaką nam zgotowały o świcie.

Żegnani przez przesympatycznych gospodarzy, ruszamy do Kościerzyny- naszego ostatniego przystanku. Tu sprawdzamy, że na pociąg musimy czekać jeszcze niemal trzy godziny. Nic nie szkodzi- przynajmniej w końcu możemy zwiedzić Muzeum Ziemi Kościerskiej, na które jakoś nigdy nie mamy czasu. Zaglądamy i tam, i do Muzeum Akordeonów w tym samym budynku. W dodatku, dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny- oba te miejsca są gratis :)IMG_7740_cr

No i końcowa atrakcja: pociąg Kościerzyna- Gdynia. Zawsze jest zagadką, czy akurat tym razem da się wejść do środa (ostatnio Bartek musiał w deszczu siedzieć na peronie i czekać na następne połączenie).

Może kierownik jest sympatyczny, a może widok dzieci robi swoje- w każdym razie udaje się. IMG_7749

W przyszłym roku wiele wskazuje na to, że urlopu będzie więcej, pieniędzy również- dlatego plany też ambitniejsze- trasa ze źródeł Wisły do Gdańska (może powinna być w tym roku, bo to Rok Wisły), ale przesuniemy troszkę. Jeśli ktoś miałby ochotę z nami- zapraszamy.

 

Podsumowanie

Dzień pierwszy: Słupsk- Gałąźnia Mała= 49,5 km

Dzień drugi: Gałąźnia Mała- Bytów- Sominy= 49,6

Dzień trzeci: Sominy- Wiele- Loryniec= 44,3 km

Dzień czwarty: Loryniec- Wąglikowice- Kościerzyna= 15 km

Całość: 158, 4 km

 

 

sobota, 08 lipca 2017

 

Prosto spod babiej Góry przenosimy się w Tatry, a dokładniej- nad Morskie Oko. Pewnie, że byliśmy tu już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy (z wyjątkiem mamy w dawnych czasach) nie nocowaliśmy w schronisku. Zwykle nocleg trzeba rezerwować zyliard lat wcześniej, ale jako Turystyczna Rodzinka możemy przebierać w terminach- długi weekend majowy? A może czerwcowy? Sprawę determinuje urlop Bartka i w rezultacie staje na dwóch noclegach wakacyjnych.

Voucher od PTTK opiewa na noclegi i wyżywienie, ale niestety nie ma opcji z pogodą. Wobec tego już na trasie z Palenicy łapią nas pierwsze krople deszczu. Jak rasowi turyści wkładamy plastikowe poncha i staramy się nie zwracać uwagi na zbierające się nad nami ciemne chmurzyska. Pewnie, zignorowane, pójdą sobie gdzie indziej- myślimy sobie. A jednak- są odporne na takie zachowania, nie przejmują się wcale i zajmują miejscówkę między Rysami a Mnichem, rozsiadając się wygodnie, zasłaniając zarówno jedno, jak i drugie.

Dużo milej niż obrażone słońce wita nas obsługa schroniska. Mamy swój pokój i przy szumie padającego deszczu zasypiamy w samym sercu Tatr.

Rano stajemy w długim ogonku po śniadanie. Każde składane zamówienie jest przez pana „w okienku” wykrzykiwane do kuchni. Z pewnym onieśmieleniem przekazujemy tajne hasło, na które mamy otrzymać posiłek.

  • Ach! To nasza Sympatyczna Turystyczna Rodzinka!- wykrzykuje gromko pan- Piszę do zeszytu! Trzy czwarte osób w kolejce przygląda nam się ciekawie (pozostała jedna czwarta to turyści anglojęzyczni), a my po raz pierwszy w życiu kupujemy „na zeszyt”. Takim okrzykiem będziemy odtąd witani na każdym posiłku. Przemiłe :)IMG_3944

Tymczasem śniadanie zjedzone i musimy coś postanowić. Wiadomo już, że wymarzone przez Jadzię powtórne zdobycie najwyższego szczytu nie wchodzi w grę. Myśleliśmy jeszcze o Wrotach Chałubińskiego, ale nie bardzo jest po co- skryte pod grubą warstwą szarosinych chmur tracą cały swój urok. Tadzio najchętniej zagrzebałby się w śpiworze z mocno sfatygowaną „Historią Litwy”, znalezioną w szafce ze schroniskowymi książkami. Spoglądając za okno, jesteśmy bliscy temu rozwiązaniu, ale jechać 700 kilometrów, aby na góry spoglądać zza okna? Trudno, zmokniemy, to się wysuszymy. Wybieramy najłatwiejszą trasę- do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Mamy ją już przećwiczoną i obfotografowaną, ale wcale nie traci przez to na uroku. Kiedy tylko, ubrani, stajemy na progu, deszcz daje za wygraną. Nie zostajemy co prawda skąpani w słońcu, ale do samego schroniska nie spada ani kropla. Coś tam usiłuje popsuć wiatr, ale gdzie tam nas, znad morza, mógłby zniechęcić wiatr... a przynajmniej po raz kolejny mamy szlak tylko dla siebie- spotykamy zaledwie kilku turystów. IMG_3945

IMG_3962

IMG_3990

IMG_3984

W schronisku pieczątki, naleśniki, szarlotka i decyzja- ładna pogoda to znak! Zmieniamy plany i zamiast wracać tą samą drogą, wybieramy trasę przez Szpiglasową Przełęcz. Jest coraz ładniej, a przy Wielkim Stawie czeka na nas nagroda- zaraz obok szlaku bawią się świstaki. Nie niepokojone przez rzesze turystów, nie robią sobie zbyt wiele z naszej obecności i baraszkują, pozwalając nam się przyglądać do woli. Pniemy się do góry. Tym razem nikt nie wada do strumyka, a na zboczu kolejna niespodzianka- stado kozic, z piątką tegorocznych maluchów. Mamy taką książkę „Zwierzęta Tatr”- pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno sądziliśmy, iż będzie to jedyna forma kontaktu z tymi zwierzakami (no, może poza wypchanymi w Muzeum Tatrzańskim)... IMG_4037_cr

IMG_4048

IMG_4018

Jesteśmy daleko za połową trasy, gdy całkiem nagle (jak to w górach) robi się ciemno. Wiatr, który cały czas gwizdał wokół, uspokaja się całkowicie. Zza grani spływa ciężka mgła, w ciągu kilku chwil zasłaniająca wszystkie widoki. Ledwo zdążamy schować aparat, gdy ściana deszczu dosłownie nas przygniata. Temperatura leci kilka stopni w dół. Rzecz jasna, wokoło nie ma nic, co mogłoby posłużyć za schronienie. Jedyna rada- podkręcić tempo i przejść przez łańcuchy zanim nadejdzie burza. Nikogo nie trzeba pospieszać, dobrze, ze jesteśmy blisko przełęczy. Kiedy dochodzimy do łańcuchów, okazuje się, że ręce mamy już całkiem zgrabiałe. Dobrze, ze mamy na sobie ciepłe polary i nieprzemakalne kurtki- dzięki temu w kość dostają tylko dłonie- jednak te są nieodzowne do chwytania za łańcuchy... a miało być tak pięknie! Już raz wspinaliśmy się tędy w całkowitym mleku... IMG_4075

A może któreś z nas miałoby tu atak panicznego lęku wysokości? Na pewno utknęłoby z przerażenia na jednej ze skalnych półek i musielibyśmy wzywać ratowników, jak często czytamy w opisach toprowskich akcji... To dlatego aura tak nas broni przed widokami z podejścia... bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż natychmiast po zdobyciu przełęczy chmury zostają rozgonione, deszcz znika, jakby nigdy nie padał, a zza chmur nieśmiało przebijają lekkie promienie słońca? O burzy, której nadejścia tak się obawialiśmy, oczywiście nikt też nie pamięta.IMG_4082

IMG_4147

Zgrabiałe ręce będą potrzebować jeszcze trochę czasu, zanim odtajają do końca, ale humory od razu się poprawiają, Tosia, pozbawiona ocieplającej warstwy tłuszczowej zostaje ubrana w dodatkowe polary rodziców i spokojnie schodzimy do schroniska. Tylko wiatr niemal urywa nam głowy, a czasami zmusza do skrycia się za głazami, aby co lżejszych osób nie zwiać ze szlaku...IMG_4120

IMG_4171

Aby nie było za lekko, na kwadrans przed dotarciem do niego, dopada nas porządna ulewa, chyba tylko po to, aby pokazać, jak mogła wyglądać dzisiejsza wycieczka- i abyśmy docenili nasze szczęście....

Po takich przygodach, sympatyczno-turystycznorodzinkowa kolacja smakuje jeszcze lepiej niż poprzedniego dnia. W zasadzie wcale nie jest tak źle. Ze współczuciem przysłuchujemy się zrezygnowanemu panu, który żali się opowiadając, jak to czwarty rok już z rzędu przyjeżdża tu z synem, aby wspólnie zdobyć Rysy. I czwarty rok pogoda mu na to nie pozwala.

Na zakończenie, ostatniego dnia „zdobywamy” jeszcze Czarny Staw. Rzecz jasna po to, aby pokazać Tosi drogę na Rysy, w razie, gdyby chciała je zdobyć. Nie chciała. W swoim czasie...IMG_41951

IMG_4207

IMG_42121

 

piątek, 07 lipca 2017

Często czytamy w domu taką książkę „Żeby nóżki chciały iść”- zbiór opowieści o rożnych szczytach górskich. Niektóre są już przez nas zdobyte, inne czekają na swoją kolej. Babia Góra do tej pory znajdowała się w przechowalni, bo przykucnęła jakoś na uboczu, z dala od długich pasm górskich, w które można zaplanować kilkudniową eskapadę.

Ale oto jedziemy w Tatry, w których udało nam się zabukować jedynie dwa noclegi. Droga z Gdyni za daleka, aby opłacało się tłuc całą noc na kilka tatrzańskich chwil, więc uznajemy to za właściwą okazję do zboczenia w stronę niedalekiej wszak Babiej.

Kupujemy bilety do Makowa Podhalańskiego. Sypialne, bo w pociągu w ogóle nie ma wagonu z kuszetkami, czego celowości dotąd nie udało nam się zrozumieć. Chętnych byłoby i na 30 kuszetkowagonów, ale logika PKP wciąż pozostaje niepojęta. Wobec tego podróż kosztuje więcej niż noc w porządnym hotelu, ale czego się nie robi dla odgłosu stukotu kół...

Dobrze jest przybyć w góry rano- tak, aby od razu z pociągu ruszyć na szlak. Jednak twórca rozkładu jazdy musi cierpieć na chroniczną bezsenność. Przynajmniej dla nas 5.30 to jednak ciut za wcześnie na rozpoczęcie marszu. Trudno jednak- rozpoczynamy wakacyjną szkołę górską, a w niej lekcję „Przystosowywanie się do rzeczywistości a stawianie na swoim- co wybrać?”.IMG_3715

Planujemy podjechać na Przełęcz Krowiarki autobusem, ale oto kolejna niespodzianka: nic tam nie jeździ. Fakt- ostatnio byliśmy tu ze 20 lat temu- a w tym czasie wiele się zmieniło. Dziś większość turystów dojeżdża na przełęcz własnym samochodem, zostawia go na parkingu i dopiero wyrusza na wycieczkę z małym plecaczkiem, na obiadokolacji meldując się w jakimś przytulnym agro w dolince. Pozostali turyści to dzieci- uczestnicy wycieczek- podwożeni na przełęcz kolonijnym autokarem. Ponieważ ani jedni, ani drudzy nie wychodzą na szlak przed 10tą, powolutku ruszamy szlakiem ciągnącym się kilka kilometrów asfaltową drogą. Dobrze, że choć położoną w lesie :)

Mamy mnóstwo czasu, idziemy więc powolutku, w końcu wchodzimy na leśną ścieżkę, gdzie również nie przyspieszamy, bo i po co? Robimy postoje przy strumykach, ale i tak w południe dochodzimy do schroniska.IMG_37231

Zostawiamy plecaki i popołudnie spędzamy na Małej Babiej Górze. Pogoda prześliczna, wylegujemy się więc na niewielkich polankach. Po chwili okazuje się, że nie tylko my- spotykamy też korzystające ze słońca żmije zygzakowate i od tego czasu dużo baczniej patrzymy pod nogi. Dopiero jutro, w drodze na Babią zobaczymy ogrodzone miejsca z tabliczkami informującymi o występowaniu tychże węży.IMG_3762

IMG_3765

IMG_37511

Dzieciaki oczywiście fascynują się kamiennymi kopczykami stawianymi w pobliżu szlaku. Wybucha wojna na śmierć i życie o to, czy każdemu turyście wolno do stosu dołożyć tylko jeden kamień, czy też dowolną ich ilość. Nigdy bym się nie spodziewała, że nawet o to można pokłócić. Widocznie, skoro w górach generalnie nie występują powody do sprzeczek między rodzeństwem, należy stworzyć je sztucznie :)IMG_3756

W schronisku pustki. Turyści jednodniowi schodzą dość szybko do swoich, pozostawionych na przełęczy, aut i pozostaje tylko kilkanaście osób w wielkim, wyremontowanym schronisku. A my się martwiliśmy, czy będą miejsca. Następnym razem chyba będziemy się zastanawiać, czy schroniska jeszcze nie zamknęli...

Drugi dzień to wejście na szczyt. Pogoda jak marzenie, więc wybieramy wejście Percią Akademików, bo skoro już tu jesteśmy, to zal nie skorzystać z jedynego w Beskidach szlaku wysokogórskiego. Wspominamy nasze wejście tutaj ponad 20 lat temu i oczekujemy tłumów na trasie. Tymczasem, mimo że wychodzimy w trasę dopiero o 10ej, mimo ślicznej aury i mimo wakacji aż do samego szczytu nie mamy w zasięgu wzroku żadnej osoby. Z jednej strony super- kameralnie, niespiesznie pniemy się pod górę nikomu nie przeszkadzając, z drugiej- jakoś tak zbyt pusto na tym tłumnie niegdyś odwiedzanym szlaku.IMG_3789

IMG_3795

Samo podejście na Diablak pamiętamy jako mocne przeżycie. Tymczasem nasze dzieci, po licznych wędrówkach w Tatrach, właściwie nie zauważają Czarnego Dzioba- niemal pionowej ośmiometrowej skały. Dla Tosi mamy co prawda uprząż obawiając się, ze jej wzrost nie pozwoli na samodzielne wspinanie się, ale okazuje się on tylko psychiczną podporą dla taty.IMG_3821

IMG_3830

IMG_3817

IMG_3803

Zauważamy też, że nadszedł już ten wyczekiwany czas, gdy dzieci chodzą same, wyprzedzając zasapanych rodziców o wiele, wiele metrów. Kiedy padnięci docieramy na szczyt, one są od dawna gotowe do dalszej drogi. Szybko to zleciało...IMG_3843

Napawamy się widokami (znowu muszą nam starczyć na wiele miesięcy) i powoli wracamy grzbietem. W końcu pojawiają się turyści, dążący na Diablak najkrótszą drogą z przełęczy. Widzimy ich króciutko, bo wybieramy zejście Percią Przyrodników. Trasa przepiękna, wśród łanów paproci, niesamowicie stroma i... absolutnie pusta.IMG_3869

IMG_3878

IMG_3917

IMG_3924

 

 

Z obolałymi od zejścia nogami wracamy do schroniska, gdzie zupełnie nieoczekiwanie spotykamy gdyńskich znajomych. Co prawda w Trójmieście nigdy nie udaje nam się zobaczyć, ale za to w górach, bez umawiania się- proszę bardzo! Dzieci mają więc kompanów do planszówek (polecamy duży zbiór w schronisku), a dorośli- do wieczornych rozmów.

Rano chcemy jeszcze tylko zajrzeć do maleńkiego Muzeum Turystyki Górskiej. Bierzemy klucze i uparcie próbujemy dopasować je do zamka w maleńkim budyneczku opisanym jako muzeum. Nie wchodzi nijak. Obchodzimy domek dookoła szukając innych drzwi. Nie ma, oczywiście. Próbują dzieci, jako bardziej obeznane w nowych technologiach- również z zerowym skutkiem. Dobrze, że wokół nikogo, bo wyglądamy nieco głupawo. Tym bardziej, że już kilka lat temu zbiory przeniesiono do stojącej kilka metrów dalej GOPR-ówki...IMG_3934

Po obejrzeniu muzeum raz-dwa znajdujemy się w Makowie Podhalańskim z optymistycznym zamiarem równie szybkiego dostania się do Zakopanego. To przecież nawet nie 70 kilometrów, więc nie ma problemu. A przynajmniej nie powinno go być. Autobus jeździ do stolicy Tatr raz dziennie- oczywiście o absurdalnej dla nas godzinie. Nie przejmujemy się, bo nie jesteśmy zbyt wymagającymi turystami. Oczywiście, ze możemy się przesiadać- do Rabki przecież na pewno co chwila jeżdżą autobusy. Albo chociaż busy. Lub taksówki. Cokolwiek. Główna droga, turystyczna miejscowość- a połączenia żadnego. Nigdy.

Dlatego też ze stoickim spokojem siadamy na dworcu. Nowiusieńkie perony, czyściutka kostka, wszystko lśni i błyszczy, ale budynek zamknięty na głucho, toalety brak, a pociąg... musimy tylko zaczekać 2,5 godziny... Dobrze, że w pobliżu dają dobre lody.

Podróże kształcą!

 IMG_39421

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10